Reklama

Reklama

Kto jest odpowiedzialny za igrzyska?

Protesty przeciwko organizacji igrzysk, a także spadek poparcia dla premiera Yoshihide Suga do 40 proc. (najniższy od lat) sprawia, że na 70 dni przed ceremonią otwarcia, MKOl i rząd Japonii wydają się wysyłać sprzeczne informacje na temat tego, kto jest ostatecznie odpowiedzialny za decydowanie o losie imprezy - pisze w swoim cyklu "Chylę czoła" Paulina Chylewska z Polsatu Sport.

"Igrzyska olimpijskie w Tokio odbędą się w przyszłym roku" - taka decyzja zapadła 24 marca 2020 roku i nikogo specjalnie nie dziwiła. Przez wielu była wręcz pożądana - w czasie pierwszej fali pandemii na całym świecie strach i liczba niewiadomych po wielokroć przewyższały zalety i chęci organizacji sportowego święta. Byli nawet tacy (sportowcy po kontuzjach), którzy z przełożenia najważniejszej imprezy czterolecia się ucieszyli. Nikt chyba jednak nie chce dopuścić myśli, że także 2021 rok może nie być rokiem olimpijskim. A w Japonii coraz głośniej słychać głosy powątpiewania, sprzeciwu, a nawet buntu wobec wpuszczenia do kraju tysięcy sportowców z całego świata.

Reklama

Według sondaży nawet 60 proc. obywateli "Kraju Kwitnącej Wiśni" nie chce igrzysk, a petycję z żądaniem odwołania imprezy podpisało już ponad 320 tys. osób. Czwarta fala pandemii koronawirusa uderzyła ze zdwojoną siłą. Od początku roku zmarło tam więcej osób niż w całym poprzednim. Według danych ministerstwa zdrowia, w prefekturze Osaka, która odnotowała wzrost liczby przypadków, ponad 13 000 osób, u których zdiagnozowano Covid-19, zostało poproszonych o pozostanie w domu, ponieważ szpitale są przepełnione. W Tokio i kilku innych regionach przedłużono stan wyjątkowy do końca maja. Nie można się więc dziwić, że w takich warunkach ostatnią rzeczą jakiej chcieliby obywatele są igrzyska.

Trudno też w to uwierzyć, ale w jednym z najbardziej rozwiniętych państw świata jest też ogromy problem ze szczepieniami ludności. Do tej pory zaszczepiono około 2 proc. ze 126 milionów ludzi. Nawet w służbie zdrowia jest fatalnie - obie dawki otrzymała tylko niespełna jedna czwarta pracowników mających bezpośredni kontakt z chorymi, pierwszą przyjęło trochę ponad 60 proc. I nie wiadomo, kiedy ta grupa zostanie zaszczepiona w całości. Na przeszkodzie stoi japońskie prawo, które nakazuje przeprowadzenie krajowych testów klinicznych na każdym preparacie, zanim zostanie wpuszczony na rynek. Bez względu na to, jakie instytucje już lek zbadały, w ilu państwach został sprawdzony i zaakceptowany. Co więcej przez długi czas, wykonywanie szczepień zlecono wyłącznie specjalistycznemu personelowi, podczas gdy właściwie na całym świecie grupa uprawnionych pracowników medycznych jest bardzo szeroka. Do 23 lipca - gdy miałyby się rozpocząć igrzyska - nie ma więc szans na uzyskanie tzw. "odporności populacyjnej".

Igrzyska olimpijskie w Tokio zagrożone?

Protesty przeciwko organizacji igrzysk, a także spadek poparcia dla premiera Yoshihide Suga do 40 proc. (najniższy od lat) sprawia, że na 70 dni przed ceremonią otwarcia, MKOl i rząd Japonii wydają się wysyłać sprzeczne informacje na temat tego, kto jest ostatecznie odpowiedzialny za decydowanie o losie imprezy. Wiceprezes MKOl, John Coates, twierdzi, że choć japońskie wątpliwości "budzą niepokój", nie może przewidzieć scenariusza, w którym sportowa rywalizacja nie miałaby miejsca. Jego zdaniem takie zapewnienia płyną ze strony rządowej. Z kolei premier Japonii, Yoshihide Suga zapytany na posiedzeniu komisji parlamentarnej, czy igrzyska będą kontynuowane nawet w przypadku gwałtownego wzrostu infekcji Covid-19, odpowiedział: "Nigdy nie stawiałem igrzysk olimpijskich na pierwszym miejscu. Moim priorytetem była ochrona życia i zdrowia ludności Japonii. Najpierw musimy zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa".

Jaka więc zostanie podjęta decyzja? Czy organizacja igrzysk rzeczywiście jest zagrożona? Kto ostatecznie podejmie decyzję o przełożeniu, odwołaniu lub organizacji bez zmian najważniejszej dla wielu sportowców imprezy w karierze? Czasu zostało naprawdę niewiele, pytań przybywa z każdym dniem. Na niewiele zdają się też zapewnienia organizatorów, że wszystko będzie się odbywać z zachowaniem wszelkich reguł i reżimów sanitarnych. Na przykład - nikt nie wymaga by olimpijczycy się szczepili (jak wiemy sportowcy z Polski zaszczepieni będą), bo zawodnicy i dziennikarze będą testowani codziennie. Ale wolontariusze już nie. Dziennikarze zagraniczni nie będą mogli poruszać się transportem publicznym, ale dziennikarze lokalni tak. W tej sytuacji koncepcja odciętej od świata bańki, w której umieści się uczestników igrzysk, jest właściwie niemożliwa do zrealizowania.

A sportowcy? Przygotowują się, czekają na decyzję i mają nadzieję, że wszystko odbędzie się zgodnie z planem. Niestety pierwsze symptomy tego, że do normalności jest bardzo daleko, już się pojawiają. Kanadyjski związek gimnastyczny podjął decyzję, że w czerwcu nie wyśle zawodników na kwalifikacje olimpijskie ostatniej szansy do Rio de Janeiro, z obawy przed zakażeniem koronawirusem. Z kolei z wyjazdu na zgrupowanie do Japonii zrezygnowali amerykańscy lekkoatleci, którzy mieli się tam przygotowywać do igrzysk.

Do tej pory żaden wybitny sportowiec nie sprzeciwił się publicznie igrzyskom, które mają się odbyć tego lata, ale japońska gwiazda tenisa Naomi Osaka powiedziała, że nadszedł czas, aby rozmawiać o organizacji imprezy w środku pandemii. Można by dodać najwyższy czas, bo za dziesięć tygodni ma zapłonąć olimpijski znicz, a wygląda na to, że to sama impreza staje się punktem zapalnym w Japonii i dziś nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak to się skończy...

Paulina Chylewska, Polsat Sport

Dowiedz się więcej na temat: Tokio 2020 | Paulina Chylewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje