Reklama

Reklama

Królowa Zimy jest tylko jedna!

​Królowa Zimy jest tylko jedna! Justyna Kowalczyk przez lata, każdym swoim startem, udowadniała, że zasługuje na ten tytuł jak nikt inny. I nie chodzi tu tylko o medale, sukcesy czy Kryształowe Kule za zwycięstwa w Pucharze Świata. To efekt ciężkiej, katorżniczej wręcz pracy, determinacji, a co z tym idzie także ogólnonarodowego podziwu, który przyciągał przed telewizory rzesze widzów. A przecież bieg na 30 kilometrów stylem klasycznym nie jest najciekawszą i najbardziej widowiskową dyscypliną, jaką można sobie wymarzyć... Niemniej charyzma, a czasem wręcz upór mistrzyni sprawiały, że te półtorej godziny mijało wręcz niepostrzeżenie - pisze w swoim najnowszym felietonie Paulina Chylewska.

Justyna jest już jednak na zasłużonej sportowej emeryturze, więc nie pozostaje nam nic innego jak poszukiwanie następczyni. Aleksander Wierietielny, którego w styczniu miałam okazję zapytać "czy doczekamy się godnej następczyni Justyny?",  z rozbrajającą i sobie właściwą szczerością odpowiedział: "Nie". Patrząc jednak nieco bardziej optymistyczne trzeba przyznać, że zadanie nie jest łatwe... ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Dwukrotna mistrzyni olimpijska nie raz udowadniała, że im trudniej, tym lepiej, więc przy biegach pozostała, wspiera młode talenty i pierwsze efekty już są. Na mistrzostwach świata juniorów Monika Skinder zdobywa złoto, a Karolina Kaleta brąz w sprincie techniką klasyczną. Kilka dni później Izabela Marciszyn zostaje mistrzynią świata lat 23 w biegu na 10 km techniką dowolną. Brawo, brawo, brawo! Czekamy na więcej!

Reklama

Oczekiwanie na szczęście umila nam przedstawicielka innej zimowej dyscypliny, która góralską zawziętością, pewnością siebie, spokojem i ciężką pracą może się równać z Justyną Kowalczyk. Przykład? Proszę bardzo. Niemal dokładnie półtora roku temu, tuż przed startem sezonu, we wrześniu 2019 roku podczas treningu w Nowej Zelandii złamała kość piszczelową. Załamała się? Każdy, by się załamał, ale nie Maryna Gąsienica - Daniel. Rok po tej kontuzji, z blachą i sześcioma śrubami w nodze, zaczyna starty w alpejskim Pucharze Świata i przyzwyczaja kibiców do miejsc 9, 10, 11. Miła odmiana po latach wypatrywania polskich nazwisk w czołowej dziesiątce. Nawet najstarsi górale mają już dość wspominania sukcesów sióstr Doroty i Małgorzaty Tlałek z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. I choć Maryna nie jest w narciarstwie alpejskim postacią nową (to w końcu dwukrotna olimpijka i mistrzyni Uniwersjady w Trydencie sprzed ośmiu lat), to właśnie teraz przyszedł jej czas. Co się na to złożyło. Uważni obserwatorzy kariery alpejki podkreślają, że współpraca z trenerem Marcinem Orłowskim pozwala jej rozwijać skrzydła. Wsparcie rodziny, także starszej siostry, która doskonale zna smak rywalizacji, okazują się bezcenne. A do tego paradoksalnie... kontuzja. Każdy, nawet najbardziej doświadczony narciarz wie, jak trudno wrócić, zabłysnąć, dać sobie szansę raz jeszcze. Maryna nie czuła presji, nie "musiała" nic udowadniać. Dlatego powrót od sportu odbywał się spokojnie, na ustalonych przez sztab zasadach, bez owego ciśnienia, które często okazuje się siła destrukcyjną.          

Upór, determinacja, chęci, właściwi ludzie wokół, ale także możliwości trenowania z najlepszymi, w najlepszych ośrodkach - to wszystko sprawiło, że po raz pierwszy od lat oglądając mistrzostwa świata w narciarstwie alpejskim, możemy nie tylko podziwiać świetnie jeżdżące Włoszki, Amerykanki czy Szwajcarki, ale mocno ściskać kciuki za "naszą zakopiańską Księżniczkę Zimy". Ósme miejsce w slalomie równoległym (o niesprawiedliwości, wynikającej z diametralnie różnych torów można by napisać oddzielny felieton) i szóste!!! w koronnej konkurencji Maryny, czyli slalomie gigancie napawają dumą i radością. Więcej, po pierwszym fantastycznym przejeździe Polska rozbudziła nawet nadzieje kibiców na medal - do podium traciła zaledwie 0,5 sekundy. W drugim, równie dobrym, przytrafił jej się niestety kosztowny błąd. Czy na miarę medalu? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne - pierwsze podium w Pucharze Świata jest tylko kwestią czasu. A perspektywa Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, w kontekście narciarstwa alpejskiego, staje się kuszącą nadzieją na wielki sukces.

Tron Królowej Zimy jest tylko jeden, ale wygląda na to że pretendentek do niego nie brakuje, bo jeśli do wspomnianych biegaczek i Maryny dodamy jeszcze mistrzynię krótkiego toru Natalię Maliszewską - walka zaczyna robić się niezwykle ciekawa. I chciałabym napisać, że Królowa na emeryturze przygląda się temu z miękkiego fotela przy kominku, ale jak znam Justynę właśnie śmiga na skiturach albo przygotowuje kolejny trening dla swoich podopiecznych... I korona jej z głowy nie spada!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje