Reklama

Reklama

Za mało by żyć, za dużo by umrzeć

Prezes ZAKS-y Sebastian Świderski ma kłopot. Chociaż czek za wygranie siatkarskiej Ligi Mistrzów opiewa na - z pozoru niemałe - 500 tysięcy euro, to nawet w naszej lidze za dużo się za to nie zbuduje. (...) Takie są realia europejskiej i światowej siatkówki. To naprawdę ubogi krewny futbolu i może ten stary brazylijski żart o siatkarzach jest prawdziwy - pisze specjalnie dla Interii dyrektor ds. sportu w Telewizji Polsat, Marian Kmita.

I stało się! Spełniły się marzenia polskich kibiców męskiej siatkówki. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle w fantastycznym stylu została tydzień temu najlepszą drużyną klubową Starego Kontynentu. Niestety, mecz z Trentino był ostatnim tego zespołu rozegranym w starym składzie. W nowym sezonie nie zobaczymy już w ZAKS-ie ani Benjamina Toniuttiego - przechodzi do Jastrzębskiego Węgla, ani Kuby Kochanowskiego, ani Pawła Zatorskiego - obaj zasilą skład Resovii Rzeszów.

Nie wiadomo też, jak potoczą się dalsze losy trenera Nikoli Grbicia. Wielką chrapkę na niego mają właściciele włoskiej Perugii, którzy jako producenci odzieży ochronnej w czasach pandemii pieniędzy mają jak lodu. Zatem prezes ZAKS-y Sebastian Świderski ma kłopot. Chociaż czek za wygranie siatkarskiej Ligi Mistrzów opiewa na - z pozoru niemałe - 500 tysięcy euro, to nawet w naszej lidze za dużo się za to nie zbuduje. Może nawet będzie za mało, żeby zatrzymać Grbicia - kto wie. 

Reklama

Takie są realia europejskiej i światowej siatkówki. To naprawdę ubogi krewny futbolu i może ten stary brazylijski żart o siatkarzach jest prawdziwy. Otóż twierdzi się tam, że siatkarz w Brazylii to ktoś taki, kto chciał uprawiać futbol, ale kompletnie nie potrafi grać w piłkę, dlatego gra w siatkówkę. U nas w Polsce status siatkarza jest zupełnie inny, bo też konkurencja ze strony rodzimego futbolu jest raczej umiarkowana. Szczególnie jeśli chodzi o międzynarodowe sukcesy. Nie zmienia to jednak niczego w kontekście obrotu pieniędzmi i uposażenia zawodników i trenerów. To dalej jest zupełnie inna skala.

I kiedy tak prezes Świderski drapie się w głowę i martwi, co mądrego można zrobić z tym pół milionem euro, w innej sportowej galaktyce UEFA planuje reformę systemu rozgrywek Ligi Mistrzów od sezonu 2024/25. Z przecieków od dobrze zorientowanych w tym temacie ludzi wynika, że rozwarstwienie piłkarskiej Europy nabierze teraz szalonego tempa. Dla nas w Polsce i dla krajów nam piłkarsko podobnych to mało optymistyczne przesłanie. 

Co ciekawe, okazuje się, że ostatnia afera z niedoszłą Superligą nie miała aż tak dużego wpływu na prace nad reformą piłkarskiej LM. Od dawna bowiem UEFA rozumie, że chcąc utrzymać piłkarską Europę w ryzach musi się zachowywać dokładnie odwrotnie, niż Robin Hood. Musi zabierać biednym a dawać bogatym. I to robi.

Zaglądając w szczegóły planu, który jeszcze nie ma ostatecznego charakteru, wynika, że cele rebeliantów spod znaku prezesa Florentino Pereza będą już wkrótce realizowane przez samą UEFA. Ci, którzy od 1992 roku przyzwyczaili się do rozgrywek grupowych LM, będą od jesieni 2024 roku musieli się przestawić na twór nietypowy, wręcz prototypowy. 

Otóż UEFA planuje zakwalifikować do pierwszej fazy rozgrywek 36 zespołów podzielonych na cztery koszyki po 9 drużyn wedle rankingu UEFA. W pierwszym najlepsze i dalej w dół rankingu. Każda z drużyn zagra w tej fazie 10 meczów. Dryżyna z I kosza zagra dwa mecze z zespołami ze swojego koszyka, 3 z drużynami z II koszyka, 3 z III koszyka i 2 z IV koszyka. Pięć u siebie i pięć na wyjeździe, ale zawsze z inną drużyną i - uwaga, bo to ambitne założenie - nie ze swojego kraju. Po zakończeniu rozgrywek ma powstać zbiorcza tabela i zespoły z pozycji 1-8 kwalifikują się bezpośrednio do 1/8 finału, z pozycji 9-16 są rozstawione w 1/16 finału, a te z pozycji 17-24 są do nich dolosowane w pary meczowe. 

I najbardziej bolesna zmiana - zespoły z pozycji 25-36 kończą swój udział w pucharach. Nie ma żadnego kontynuowania gry w Lidze Europy jak do tej pory. Ta zaś ma mieć podobne regulacje co LM, z tą jednak różnicą, że w pierwszej fazie drużyny z czterech koszyków rozegrają pomiędzy sobą nie 10, a 8 meczów. Najbardziej ubogo wygląda na tym tle Conference League, bo tam UEFA pozwala drużynom rozegrać w I fazie tylko sześć meczów. 

Siłą rzeczy gigantyczne pieniądze, jakie na ów czas będzie miała w obrocie UEFA, będą zasilać przede wszystkim najbogatsze kluby zapewniając z jednej strony jakość produktu, a z drugiej - co pewnie ważniejsze dla włodarzy UEFA - święty spokój i mniej ochoty, tych nie do końca zadowolonych, na jakiekolwiek rebelie.  A że niezadowoleni wciąż będą to pewne. Specjaliści od marketingu i finansów twierdzą, że nowa reforma LM pozwoli najbogatszym klubom zarobić dodatkowo nawet do 100 milionów euro. 

To jednak będzie wciąż daleko do deklarowanych przez bank Morgana 350 milionów jakie miał otrzymać po starcie Superligi Real Madryt i inni europejscy giganci. Wiec pewnie taki Florentino Perez usiądzie nad tymi stu milionami i pomyśli dokładnie o tym samym, o czym rozmyśla teraz nad swoim pół milionem euro nasz prezes Świderski. A myśl ta pewnie zabrzmi tak - "Za dużo by umrzeć, za mało by żyć".  I jestem pewny, że siatkówka, ani ta krajowa, ani ta międzynarodowa, z tego powodu się nie zawali. 

Równie pewne jest także to, że futbol poprzez takie "rewolucje", jak planowana reforma LM, nieuchronnie gna ku przepaści i wkrótce najbardziej demokratyczny sport świata będzie ideologiczną fikcją. I nie oszukujmy się, że w UEFA czy FIFA komuś to przeszkadza. Nikomu. Tam liczą się tylko pieniądze.

Marian Kmita

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje