Reklama

Reklama

Sousa czy Heynen - kto ma trudniej?

W tym tygodniu, trenerzy w dwóch najpopularniejszych w Polsce dyscyplin sportu wybrali kadry narodowe na najbliższe miesiące. Paulo Sousa, na razie w krótszym dystansie niż trener naszych siatkarzy Vital Heynen, tylko na mecze eliminacyjne z Węgrami, Andorą i Anglią. Ten drugi ogłosił szeroką kadrę na Ligę Narodów i igrzyska olimpijskie, czyli praktycznie na cały sezon - komentuje specjalnie dla Interii szef Polsatu Sport Marian Kmita.

Sousa zaskoczył kilkoma nominacjami tak mocno, że naprawdę trudno opisać, jakimi kryteriami się kieruje. Heynen praktycznie niczym nie zaskoczył, bo przecież dowołanie do starej kadry pogromcy Zenitu Kazań - Kamila Semeniuka to żadna niespodzianka. Trudno też powiedzieć, że na liście Sousy znaleźli się obiektywnie wszyscy najlepsi obecnie polscy piłkarze grający w kraju i za granicą. Heynenowi ciężko coś zarzucić, bo w odróżnieniu do Sousy ma w czym wybierać

Reklama

Na szczęście, jak uczy historia polskiego i nie tylko polskiego sportu, to czego nie rozumieją przy powołaniach do kadry kibice i dziennikarze, często sprawdza się na placu boju. Doświadczaliśmy tego wielokrotnie. I w piłce nożnej i w siatkówce.

Dobrze pamiętam jak wielu powątpiewało swego czasu w wybory naszych trenerskich legend: Kazimierza Górskiego i Huberta Wagnera, kiedy na ważnych turniejach, grając o mistrzostwo świata lub olimpijskie złoto stawiali na bardzo młodych i niedoświadczonych  zawodników - Jerzego Kraskę, Władysława Żmudę, Tomasza Wojtowicza czy Lecha Łaskę. A później zamykali usta krytykom fantastycznymi wynikami, z których jesteśmy dumni do dziś.

Pod tym względem Sousa ma gorzej od Heynena

Oczywiście współczesność niesie ze sobą zupełnie inne wyzwania i trudno porównywać je z dokonaniami naszych selekcjonerów sprzed dwóch, trzech czy czterech dekad. Jedno jest pewne, naszym współczesnym coachom jest zdecydowanie trudniej niż ich poprzednikom. Z różnych powodów. A najważniejszy to chyba ten, że mają swoich wybrańców stosunkowo krótko do dyspozycji, zwłaszcza w futbolu.

I tu Sousa ma zdecydowanie gorzej od Heynena. Jego gracze przylatują dwa dni przed meczem, grają jedno spotkanie, po dwóch, trzech dniach drugie i wracają do swoich klubów. Czego można ich nauczyć w tym czasie? Niewiele, a w zasadzie niczego nowego. W siatkówce jest inaczej. Kończy się sezon ligowy, krótki odpoczynek i już można myśleć o kilkunastodniowym zgrupowaniu przed letnimi turniejami w  reprezentacji. 

Drugi atut Heynena to to, iż siatkarska kadra bazuje na krajowej lidze - z 24 powołanych tylko pięciu gra poza Polską. W kadrze Sousy te proporcje są zupełnie odwrotne. Oczywiście to samo w sobie nie jest jeszcze grzechem, wszak nasza Ekstraklasa to jeszcze nie jest Premier League, Serie A, Bundesliga czy Ligue 1, ale w czasach covidu niesie ze sobą zupełnie nieoczekiwane konsekwencje. Choćby zamieszanie z powołaniem Roberta Lewandowskiego, Arkadiusza Milika czy Krzysztofa Piątka. Może też z tego powodu mamy z pozoru niezrozumiałe powołania do piłkarskiej kadry Polski piłkarzy Pogoni Szczecin Sebastiana Kowalczyka i Kacper Kozłowskiego czy legionisty Bartosza Slisza.

Sousa szuka innej, swojej drogi w selekcji i powołaniach. Szuka ubezpieczeń. Heynen nie musi. Wszak zdobył już raz z Polakami mistrzostwo świata. Wystarczy tylko poprawić to, co już mu się raz udało, i powinno być dobrze. Nie jest to jednak takie łatwe i oczywiste. W swoim klubie w Perugii Heynen ma same sławy z naszym Wilfredo Leonem na czele, a jednak ani w lidze włoskiej, ani w siatkarskiej Lidze Mistrzów nie idzie mu najlepiej. Sousa odwrotnie. Bez specjalnych sukcesów w przeszłości, przyczajony i skoncentrowany. Choć medialnie w porównaniu do Heynena wypada słabo i bezbarwnie, to jednak drzemie w nim jakaś energetyczna rezerwa. 

Jest głodny sukcesu i inaczej niż Heynen - osaczony w sztabie reprezentacji przez dziesięciu Polaków, Sousa najbliższe otoczenia sam sobie wybrał. Ma komfort i swobodę działania niczym nie zakłóconą. Więcej, po naszym reprezentacyjnym rozczarowaniu na turnieju MŚ 2018, chyba nikt nie wierzy, że Polacy ugrają coś więcej na najbliższym Euro. Wyjście z grupy będzie jego wielkim sukcesem. A Heynen? Jeśli wrócimy z Tokio bez medalu, to nawet niech nie wsiada do samolotu lecącego do Warszawy. Taka to różnica pomiędzy naszą piłką i siatkówką.

Więc na koniec - oczywistym jest, że zawód trenera związany od ponad stu lat ze sprawnym pakowaniem i rozpakowywaniem walizki, w przypadku Paolo Sousy i Vitala Heynena jest takoż samo trudny. Z tą wszak różnicą, że dojście do ćwierćfinału naszych piłkarskich i siatkarskich reprezentacji w najważniejszych tegorocznych imprezach zapisze się w karierach obu naszych trenerów zupełnie, ale to naprawdę zupełnie inaczej.  Ot życie!   

Marian Kmita

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama