Reklama

Reklama

Marian Kmita. "Raz-dwa-trzy!" Zibi wybrał, Brzęczek wygrał

Jutrzejszy mecz z Włochami ma nas przybliżyć, albo oddalić - kto to wie - od Final Four Ligi Narodów. Mecz jest ważny, bo na wypadek wygrania grupy, finałowy turniej z automatu musiałby się odbyć w Polsce. Gdyby do tego doszło, byłoby to drugie w historii polskiej piłki, po Euro 2012, najważniejsze piłkarskie wydarzenie międzynarodowe rozgrywane nad Wisłą. Tego sobie oczywiście wszyscy życzymy, ale droga do tego celu jeszcze i kręta, i daleka - pisze w felietonie dla Interii szef Polsatu Sport Marian Kmita.

A propos celu, to warto się zastanowić, czy aby nasz selekcjoner i władze PZPN nie są już ukontentowane rozwojem naszej piłkarskiej kadry. I czy z tego subiektywnego poczucia tymczasowego sukcesu, raczej nie będą zbyt długo płakać nad ewentualnym potknięciem w najbliższych meczach z Włochami I Holandią.

Reklama

Wszak trener Jerzy Brzęczek jest w polskich mediach, nie tylko od meczu z Ukrainą, powszechnie wychwalany za odwagę i rozmach w zestawianiu wyjściowych jedenastek naszej reprezentacji narodowej. Za konsekwentną i rozumną przebudowę lekko podstarzałej kadry Polski. Krótko mówiąc - za sukces.

I rzeczywiście, wszyscy jesteśmy już zadowoleni. Ale niektórzy, aż za bardzo pieją w tej euforii popadając w absurdy. Np. moje ulubione porównanie kursujące w internecie po ostatniej piłkarskiej środzie. Takie oto logiczne cacko:  "Skoro Finlandia ograła mistrzów świata - Francuzów na ich terenie 2-0, a myśmy wcześniej zdemolowali Finów 5-1, no to kto jest dzisiaj prawdziwym mistrzem świata?!"

 Można wymyślić "atrakcyjną" patriotyczną paralele na Święto Odzyskania Niepodległości?  Można! Z drugiej strony to szaleństwo jest w jakimś stopniu uzasadnione, bo tak jak niewielu spodziewało się, aż tak dobrej postawy Lecha w rozgrywkach tegorocznej Ligi Europy, tak też niewielu stawiało na to, że Jerzy Brzęczek będzie tak bardzo i pozytywnie inny od siebie samego sprzed ledwie dwóch lat.

Może dlatego publikatory prześcigają się dzisiaj w komplementowaniu selekcjonera za liczne szanse, jakie prawie regularnie daje Sebastianowi Szymańskiemu, Kamilowi Jóźwiakowi, Jakubowi Moderowi, Sebastianowi Walukiewiczowi, a ostatnio także Robertowi Gumnemu i Przemysławowi Płachecie. Może dlatego drukują i publikują statystyki, o ile to procent młodsza jest kadra Jerzego Brzęczka, od kadry Adama Nawałki.  Może dlatego mamy wszyscy poczucie, że piłkarska Polska jeszcze nie zginęła...

No bo co buduje każdego trenera? Po pierwsze, zawsze i niezmiennie - wyniki. Wyniki są. Po drugie - odwaga, zwłaszcza wtedy, kiedy ma swoje pozytywne konsekwencje na boisku. Odwaga jest. Po trzecie - szczęście, a tego - w samym tylko meczu z Ukrainą - mieliśmy w dziejowo niezrozumiałym nadmiarze. Podsumowując, Jerzy Brzęczek ma dzisiaj dobry, a nawet  bardzo dobry czas na spokojną pracę i budowanie zespołu na finały Euro i eliminacje MŚ 2022.

W zasadzie awans do Final Four Ligi Narodów nie jest mu do niczego potrzebny.  Ba, może być nawet szkoleniowym kłopotem, bo na wypadek imprezy w Polsce wszyscy oszalejemy ze szczęścia i zmienią się priorytety na tzw. szczyt formy w roku 2021. Ale jak to mówią nasi przyjaciele z PZPN - "Obyśmy mieli tylko taki problem." i trudno się z nimi nie zgodzić. 

Tak czy siak, nawet nie znając wyników meczów z Włochami i Holandią, już dzisiaj można pogratulować  Zbyszkowi Bońkowi dwóch ostatnich wyborów selekcjonerów. Pamiętam jego rozterki z lata 2018 roku i dokładne ważenie wszystkich za i przeciw wyboru Jerzego Brzęczka. Wybrał, a później był bardzo konsekwentny we wsparciu swojego kandydata. Prezes Zbyszek dzielnie wytrzymał wszystkie, nawet te najtrudniejsze medialne i nie medialne kryzysy naszego narodowego coacha. I opłaciło się. Jest dobrze.

Marian Kmita

Dowiedz się więcej na temat: Marian Kmita | Jerzy Brzęczek | Zbigniew Boniek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama