Reklama

Reklama

Jeszcze będzie normalnie

Dawno, dawno temu, kiedy tak błaha sprawa, jak obsada komentarza finału Mistrzostw Europy w piłce nożnej nie elektryzowała i nie dzieliła tysięcy Polaków, polski sport miał się dobrze. Ba, bardzo dobrze. Może i dlatego bardziej nas interesowało czy polski sportowiec czy też polska drużyna zdobędzie medal wielkiej imprezy, niż to, kto to skomentuje. Medali było dużo, komentatorów mało i wszystko miało swoje normalne proporcje. Wtedy komentator był dyskretnym usługodawcą i im mniej się pamiętało jego nazwisko, tym lepiej to świadczyło o jego zawodowej klasie. Dzisiaj jest na odwrót.

Może i dlatego tak jest, że polski sport w skali ostatnich pięciu dekad ma się statystycznie gorzej. Kiedyś siedem, polskich, złotych medali na igrzyskach olimpijskich czy dobra gra polskiej drużyny piłkarskiej w europejskich pucharach nie było żadnym wyjątkiem. Teraz, mniej więcej od  IO w Atenach cieszymy się, kiedy na koncie najważniejszej imprezy światowego sportu mamy chociaż trzy, o klubowej piłce nie wspomnę. Oczywiście porównywanie Igrzysk Olimpijskich czy polskiego futbolu z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych do współczesności jest obarczone sporym marginesem błędu. Świat mocno się zmienił. Sam rozpad ZSRR wydał na świat kilkanaście narodowych reprezentacji, specjalizujących się w rożnych dyscyplinach sportu, no i każda, co zupełnie naturalne, chce zdobyć jakiś medal na Igrzyskach czy na innej wielkiej imprezie. Dla ojczyzny, dla narodu, czasem dla rządu, czasem dla partii a już na pewno dla siebie samego. No i dzisiaj inne sportowe ambicje, i możliwości  mają nie tylko Chiny ścigające się z USA także na tym polu, ale wiele innych mniejszych krajów. Obiektywnie - dzisiaj jest o wiele trudniej niż kiedyś zdobyć jakikolwiek medal Igrzysk Olimpijskich, mistrzostw Europy czy świata.

Reklama

Dlatego, kiedy za tydzień zapłonie znicz olimpijski w Tokio powinniśmy podejść do tej imprezy z koniecznym spokojem i zadowoleniem, że w ogóle mamy przyjemność obejrzenia tych zawodów w czasach paskudnej, niekończącej się pandemii. Musimy mieć świadomość, że tych igrzysk po prostu mogło nie być i musimy być dumni, że mamy tam swoich 215 reprezentantów. Musimy też być zadowoleni, że niektórzy z nich mają szanse na medale. Podkreślam - mają szanse na medale, a nie jadą po medale, bo to zupełnie co innego.

Piszę o tym, bo wielu z nas już zawiesiło złote, srebrne i brązowe krążki na szyjach polskich siatkarzy, siatkarzy plażowych, koszykarzy (3x3), lekkoatletów, kajakarzy, kolarzy torowych, ciężarowców czy strzelców. Już na kartce liczymy statystyki, patrzymy jak wypadniemy na tle Europy i świata. Bookmacherzy też robią swoje i namawiają do obstawiania. Podkręcają emocje. Dopóki jest to zabawa i towarzyszy jej uśmiech to wszystko jest dobrze. Ale jak na końcu będzie  rozczarowanie i gniew to już jest bardzo źle, bo nie od tego jest sport, żeby nam dodawać, w i tak dość ciężkim codziennym życiu, dodatkowych problemów.

A najważniejsze jest to, że chociaż medali może być mniej niż byśmy chcieli, to kto nam zabroni wyjść z domu, aby pobiegać, pojeździć na rowerze czy w te piekielne upały popływać w najbliższym kąpielisku. Każdy z nas ma na co dzień swoje igrzyska i w tej międzynarodowej klasyfikacji, paradoksalnie stoimy z roku na rok coraz lepiej. Polacy lubią nie tylko oglądać sport w tv, ale i uprawiać sport. I w tym nadzieja, że jeszcze będzie normalnie, i może nawet już wkrótce będzie nam wszystko jedno czy złoty medal polskich siatkarzy w Tokio skomentuje Kowalski lub Nowak.    

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje