Reklama

Reklama

Jaki szef polskiej siatkówki być powinien

Polska siatkówka to nasz narodowy skarb i nie ma w tym stwierdzeniu ani odrobiny przesady. To dzisiaj najlepsza wizytówka polskiego sportu. Dyscyplina, której pozycji w kraju i międzynarodowej jakości zazdroszczą nam i w Rosji, i we Włoszech, i w USA, a nawet w Brazylii, w której volleyball też jest bardzo kochany - pisze specjalnie dla Interii dyrektor ds. sportu w Telewizji Polsat, Marian Kmita.

Jedni zazdroszczą, a inni po prostu nie rozumieją powodu wypełnionych po brzegi wielotysięcznych hal i stadionów, i fanatycznych, ale zawsze uśmiechniętych kibiców. Nie rozumieją też rekordów oglądalności w telewizji i internecie w czasie transmisji z meczów siatkówki. Bo też tego tak zwyczajnie wytłumaczyć się nie da. W tej potędze jest jakiś nasz narodowy fenomen, który niesie ze sobą tylko pozytywne skojarzenia.

Klęska w Atlancie i mozolna praca od podstaw

A nie zawsze tak było. Pamiętam jak dwadzieścia pięć lat temu startowaliśmy w wąskim gronie ludzi ze środowiska siatkarskiego, telewizji (wtedy TVP)  i nielicznych sponsorów do tworzenia ambitnych planów, które paradoksalnie nie mogły mieć wtedy żadnych optymistycznych przesłanek. Wszak byliśmy na świeżo po klęsce naszych siatkarzy na igrzyskach olimpijskich w Atlancie, gdzie przegraliśmy wszystkie mecze, wygrywając w całym turnieju ledwie jednego(!) seta.

Reklama

Nasza wiara w polska siatkówkę opierała się wtedy bardziej na naszych marzeniach, niż realnych możliwościach. A jednak się udało, chociaż dzisiaj wciąż trudno w to uwierzyć, że kiedyś z naszą ulubioną dyscypliną było aż tak słabo. Ciężka praca wielu, często anonimowych ludzi została jednak wykonana, a seria sukcesów, które zaczęły się od złotego medalu MŚ juniorów 1997 r. i poprzez złotka Andrzeja Niemczyka, chłopców Raula Lozano, Daniela Castellaniego, Andrei Anastasiego, Stefana Antigi i Vitala Heynena, przeniosły nas w inny siatkarski świat. Świat regularnie znaczony polskimi medalami w mistrzostwach i pucharach świata, mistrzostwach Europy i Lidze Światowej zwanej dzisiaj Liga Narodów.

Brak medalu w Tokio? Katastrofa

Tak było przez ostatnie dwadzieścia lat. Nic zatem dziwnego, że przyzwyczailiśmy się do tego dobrostanu i dzisiaj  katastrofą jest dla nas brak medalu z igrzysk w Tokio, czy kwaśno smakuje brąz z ostatnich mistrzostw Europy. Tacy jesteśmy i wysoko wieszamy poprzeczkę kolejnym trenerom reprezentacji kobiet i mężczyzn, włodarzom klubów startujących w europejskich pucharach, a nawet naszym drużynom juniorskim i kadeckim startującym w międzynarodowych turniejach. Nasz głód jest wciąż niezaspokojony, więc ci, od których zależy sportowy sukces naszych drużyn, mają z nami ciężkie życie.

Nie łatwe życie mieli też byli, obecni i przyszli  prezesi Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Konsekwencją tych już ponad dwudziestu medali zdobytych w ostatnich dwu dekadach przez polskie kluby i reprezentacje w międzynarodowych rozgrywkach jest to, że posada prezesa PZPS powoli zaczyna być tak samo gorąca, jak fotel szefa PZPN. Tak, tak nie ma w tym żadnej przesady. To też jest polski fenomen, że siatkówka jest w naszym kraju tak blisko futbolu pod względem popularności.

Wybory prezesa PZPS

Dlatego wyścig po fotel szefa PZPS staje się powoli także interesujący dla ludzi postronnych, którzy sportem interesują się tylko od wielkiego dzwonu. Śledzą oni w internecie sensacyjne informacje o potencjalnych kandydatach, czasami o ich słabościach, a czasami o ich przewagach nad konkurencją. I pewnie wielu żałuje, że na szefa tego związku nie ma wyborów powszechnych, bo to wielkie polskie dobro, ten nasz unikalny skarb, można bardzo łatwo zmarnować.

Wystarczy, że delegaci na Walny Zjazd Wyborczy wybiorą kogoś nieuczciwego, który, pomimo wypowiedzianych gładkich frazesów i zapewnień o swojej miłości do siatkówki, okaże się zwykłym krętaczem i kombinatorem, stawiającym swoje osobiste, często merkantylne cele na przedzie. Przed tym trzeba się strzec i najlepiej stawiać na ludzi zakotwiczonych od dekad w środowisku i sprawdzonych w wielu bojach. Takich, co już z niejednego siatkarskiego pieca chleb jedli, coś wygrali, ale i coś przegrali - bo to też jest ważne doświadczenie. No i żeby nie mieli sześćdziesięciu lat na karku, bo zadania dla nowego prezesa PZPS trzeba liczyć na co najmniej dwie kadencje, więc trzeba szukać człowieka w miarę młodego, co to i psychicznie i fizycznie uniesie prezesowskie obciążenia bez szwanku dla swojego zdrowia i komfortu pracy swojego otoczenia.

A czy tacy potencjalnie idealni w ogóle istnieją w polskiej siatkówce? Oczywiście! Wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć i spokojnie zastanowić. Spokój przy właściwym wyborze jest absolutnie konieczny, bo ewentualna pomyłka będzie  nas wszystkich - fanów polskiej siatkówki - bardzo drogo kosztować.

Marian Kmita

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje