Reklama

Reklama

Jaki pan, taki kram

Podczas gdy cały sportowy świat wciąż emocjonuje się epilogiem starcia piłkarskich krezusów o Superligę, gdzieś w romantycznej Weronie nasza siatkarska ZAKSA spróbuje dzisiaj sięgnąć po Puchar Ligi Mistrzów. (...) W światowej i europejskiej federacji siatkarskiej nie ma tylu pieniędzy co w FIFA i UEFA i z tej "biedy" często dochodzi do zjawisk absurdalnych - pisze specjalnie dla Interii dyrektor ds. sportu w Telewizji Polsat, Marian Kmita.

Podczas gdy cały sportowy świat wciąż emocjonuje się epilogiem starcia piłkarskich krezusów o Superligę, gdzieś w romantycznej Weronie nasza siatkarska ZAKSA spróbuje dzisiaj sięgnąć po Puchar Ligi Mistrzów. I chociaż w Polsce będzie to wielkie święto, trudno oczekiwać, że z tego powodu sportowy świat zatrzyma się choćby na chwilę. Podobnie z mediami, nawet tymi specjalizującymi się w doniesieniach ze sportowych aren.

Założę się o każde pieniądze, że dla dziennikarzy np. takiego francuskiego "L'Equipe" będzie to wydarzenie zupełnie marginalne, bo tam króluje futbol, F1, rugby i kolarstwo. Nawet dla włoskiej "La Gazetta dello Sport" to że w finale gra drużyna z Trentino nie będzie wystarczającym powodem, aby relację z finału opisywać na pierwszej stronie. Ba, wiadomości o tym meczu pewnie umieszczą gdzieś daleko, daleko w głębi numeru, bo tak było zawsze do tej pory. Priorytety takie same jak we Francji, no może rugby nie jest aż tak popularne.

Reklama

Krótko mówiąc, po raz kolejny okazuje się, że nasze sporty "narodowe" siatkówka i skoki narciarskie interesują tylko nas i może jeszcze kilka innych nacji, ale z generowaniem jakiegoś gigantycznego globalnego zainteresowania mediów i sponsorów nie mają nic wspólnego.

Ano właśnie - sponsorów. A przecież nie ma wielkiego sportu bez pieniędzy. I tutaj siatkówka wygląda jak bardzo, ale to bardzo ubogi krewny już nie tylko w stosunku do futbolu, ale do większości gier zespołowych takich jak koszykówka, hokej na lodzie czy nawet piłka ręczna. W światowej i europejskiej federacji siatkarskiej nie ma tylu pieniędzy co w FIFA i UEFA i z tej "biedy" często dochodzi do zjawisk absurdalnych. Przoduje w tym właśnie europejski CEV, główny organizator siatkarskiej Ligi Mistrzów. Zamiast uciekać do przodu i za wszelką cenę zachęcać finansowo drużyny do startu w tych, jakby nie patrzeć prestiżowych rozgrywkach, to federacja tak zmanipulowała system bonifikat aby im się to po prostu... nie opłacało.

Pisałem w tym miejscu nie tak dawno, że ofiarą tej chorej sytuacji była Skra Bełchatów, która startując w tegorocznej Lidze Mistrzów i odpadając w ćwierćfinale, zakończyła swój udział finansowym debetem na poziomie 30 tysięcy euro. Rzecz nie do pomyślenia nie tylko w futbolu, ale w innych grach zespołowych organizujących europejskie puchary. Na starcie w nich zarabia się zawsze. Raz trochę mniej, raz trochę więcej, ale zawsze bilans jest dodatni. Wszędzie tylko nie w siatkówce zarządzanej przez Serba Aleksandra Boricicia.

Władze CEV wolą kisić na koncie pieniądze z praw telewizyjnych i od sponsorów, niż nimi rozsądnie zarządzać, budując medialny produkt nadążający za wyzwaniami współczesnego świata sportu. Na tym tle wojna Andrei Agnellego i Florentino Pereza z Aleksandrem Czeferinem i Giannim Infantino o piłkarską Superligę wygląda jak spektakl z innego świata, a nawet galaktyki.

Dość powiedzieć, że jeśli ZAKS-ie uda się dzisiaj pokonać w finale LM Trentino czeka na jej siatkarzy czek na rekordowe w historii tych rozgrywek 500 tysięcy euro. Do niedawna CEV płacił zwycięzcy LM się ledwie 50 tysięcy euro! Dla porównania - za jeden punkt zdobyty w meczu fazy grupowej piłkarskiej Ligi Mistrzów UEFA płaci klubowi 900 tysięcy euro. No gdzie Rzym, a gdzie Krym! I jak tu poważnie traktować siatkówkę?! Piłkarskie kluby wiedzą, że każdy awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów, każde zwycięstwo i remis to milowe kroki do spokojnego żywota na następne nie miesiące, ale lata. W nagrodę za wygranie siatkarskiej ligi mistrzów można zakontraktować jednego niezłego zawodnika i niewiele więcej.

Dlatego trzeba mieć szacunek do Sebastiana Świderskiego i Nikoli Grbicia, że ich drużyna, w tych mało opłacalnych rozgrywkach doszła tak daleko. Z budżetem o niebo mniejszym od pokonanych po drodze do finału klubów z Włoch i Rosji dotarli do ostatecznej rozgrywki. Pokazali, że i bez dużych pieniędzy można grać o najwyższe cele, a że to się specjalnie nie opłaca, to już inna sprawa. No cóż, jaki pan, taki kram.   

Marian Kmita

W sobotę Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle zagra z Itas Trentino w finale siatkarskiej Ligi Mistrzów. Początek meczu o godz. 20.30. Transmisja w Polsacie Sport.

Dowiedz się więcej na temat: Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle | Marian Kmita

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje