Reklama

Reklama

El Diego a sprawa polska

Wiadomość o śmierci Diego Armando Maradony obiegła świat jak medialna fala tsunami spychając inne informacje w kąt. Nie inaczej było w Polsce, bo cokolwiek w życiu "Boskiego" Diego się zdarzyło, to zawsze było na pierwszej stronie gazet. Więc jego odejście musiało zdominować światowe przekazy, bo Maradona był kimś więcej, niż tylko świetnym piłkarzem - pisze w felietonie dla Interii szef Polsatu Sport Marian Kmita.

Był wielką gwiazdą światowej pop kultury. W jednej osobie łączył cechy zabawnego pajaca, rozrzutnego filantropa, pozującego na lewaka polityka, zagubionego utracjusza, zdolnego aktora i Bóg wie jeszcze kogo. Życie kochało jego a on kochał życie, często ponad miarę zdrowego rozsądku i osobistego bezpieczeństwa. Kto czytał jego autobiografię wie o czym myślę. Świat takie postaci uwielbia.

Kto z nas pamięta, że Maradona pojawia się w polskich mediach, gdzieś około roku 1978, kiedy to Luis Menotti nie zabiera młodego piłkarza na mundial. Wtedy to jeszcze nie był wielki grzech, bo Mario Kempes z kolegami zdobyli Puchar Świata, ale przez następne szesnaście lat reprezentacja Argentyny nie potrafiła obejść się bez Diego. 

Reklama

Jeszcze w 1979 roku na MŚ U-20 Diego poprowadzi młodzieżową reprezentację Argentyny do mistrzowskiego tytułu, nota bene demolując po drodze reprezentację Polski. A później już tylko będzie coraz lepiej i lepiej. Jego kariera nabierze takiego tempa, że nic dziwnego, że głowa młodego Diego często nie nadążała za sukcesami. Wspomniany Mario Kempes spotkany przeze mnie przypadkowo dwa lata temu po finale Ligi Mistrzów w Kijowie, zapytany o rolę Maradony w reprezentacji tamtych lat powiedział krótko: "Diego jest wielki, ale w 1978 jeszcze nie potrzebowaliśmy go w drużynie, zaś w 1982 to on nie potrzebował już nas  - mistrzów z mundialu w Argentynie. Sam mógł wygrywać mecze".  I nic dodać, nic ująć. Kto pamięta choć trochę boiskowy geniusz Maradony przyzna Kempesowi rację.

Tak było przez lata. Mistrzostwo świata 1986 to było najpiękniejsze wspomnienie Maradony. W 1994 roku Diego gra swój ostatni mundial w USA. Nie wszystko już w reprezentacji kręci się wokół niego, ale on wie jak zwrócić na siebie uwagę.  W meczu z Grecją, w 60 minucie strzela swoją ostatnią bramkę w mistrzostwach świata, podbiega do obiektywu telewizyjnej kamery i zdaje się krzyczeć - oto jestem, żyję i dalej jestem wielki! 

Potem jego życie potoczyło się już mniej różowo. W mozaice narkotykowych zapaści, kłopotów z prawem, egzotycznych przyjaźni np. z Fidelem Castro, licznych ekstrawagancji, z których koszulka z podobizną Che Guevary miała najlżejszy kaliber, strzelania z wiatrówki do wścibskich dziennikarzy i innych barwnych historii dokończył żywota w ostatnią środę. I coż się okazało? A okazało się tyle, że świat zupełnie nie pamięta jego licznych grzechów i co więcej, nie chce ich pamiętać. I to nie tylko w Argentynie, gdzie bez cienia przesady Maradona był, jest i pewnie będzie traktowany na równi z Panem Bogiem.

I powiem szczerze, że trochę zazdroszczę Argentyńczkom tej jednoznaczności w umiłowaniu Maradony, jako z jednej strony - syna ich narodu, a z drugiej - prawdziwego obywatela świata. Jakże by się chciało doczekać takich czasów w Polsce, kiedy wszyscy nasi międzynarodowi  bohaterowie, w tym i  piłkarze, będą w kraju bardziej szanowani, niż za granicą. Czy w ogóle doczekamy takich czasów, że z papieża Jana Pawła II będziemy wszyscy bardziej dumni niż reszta globalnej katolickiej wspólnoty, a z  Lecha Wałęsy bardziej niż reszta całego demokratycznego świata? Marzę o tym i wiem, ze szczególnie dzisiaj, to bardzo trudne, aby Polak - tak zwyczajnie - był dumny z drugiego Polaka.

Marian Kmita, Polsat Sport

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje