Reklama

Reklama

​Nieważne jak, byle na medal!

Już za pięć dni rozpocznie się jedno z najważniejszych wydarzeń olimpijskich z punktu widzenia polskiego kibica - turniej siatkarski. "Biało-Czerwoni" Vitala Heynena jadą po medal i miejmy nadzieję, że - niezależnie od analizy potencjału poszczególnych drużyn - będą w stanie wykonać swoją robotę... po włosku.

W historii męskiej siatkówki halowej mamy do czynienia z trzema hegemonami i całym zastępem zespołów, które biją się o marzenia. Brazylia, Związek Radziecki i Rosja (jako spadkobierca poprzednika) oraz USA zdecydowanie przewodzą w tabeli medalowej. Mają łącznie 10 z 14 złotych medali! Ale równie skuteczny, a często pomijany w rozważaniach przed igrzyskami jest zespół Italii. Włosi mają w dorobku aż sześć krążków olimpijskich, choć żadnego złotego. Wszystkie sześć krążków ekipa z Półwyspu Apenińskiego wywalczyła od 1984 roku, a od 1996 regularnie awansowała do półfinałów wszystkich turniejów olimpijskich.

Reklama

Przekleństwo aż boli

To dokładnie odwrotnie niż "Biało-Czerwoni". Era naszej nowożytnej siatkówki to ciągły postęp i regularne występy na igrzyskach od właśnie 1996 roku. Od igrzysk w Atlancie tylko raz nie zagraliśmy w najważniejszym turnieju czterolecia, ale od Aten nie możemy przekroczyć progu ćwierćfinału.

To aż nieprawdopodobne, że w międzyczasie sięgnęliśmy po trzy medale mistrzostw świata, dwa razy okazaliśmy się najlepsi na tej planecie, ale medalu igrzysk wciąż nie możemy zasmakować. Włosi nie wywalczyli w tym czasie żadnego krążka czempionatu globu!

Słabsi, a bardziej utytułowani

Coś więc powinniśmy zmienić w tej naszej wyliczance? Czy nadszedł wreszcie najwłaściwszy czas, aby zasmakować złota, srebra lub brązu w Tokio? Do stolicy Japonii poleciała bardzo doświadczona grupa, w której składzie jest aż dziewięciu mistrzów świata i siedmiu uczestników poprzednich igrzysk w Rio de Janeiro. Z drugiej strony jak porównać to do składu Włochów, którzy oceniani są na dużo słabszy zespół, a do Tokio polecieli z sześcioma aktualnymi wicemistrzami olimpijskimi! I można zakładać, że aż pięciu z nich będzie wychodziło w podstawowym składzie na najważniejsze mecze: Simone Gianelli, Ivan Zaytsev, Osmany Juantorena, Matteo Piano i libero Massimo Colaci.

Nic więc dziwnego, że nad Tybrem marzą nie tylko o medalu, ale wręcz o przełamaniu ichniejszego tabu - zdobyciu wreszcie złotego medalu olimpijskiego. Włosi bowiem analizują jak my: grupa w Japonii jest do przebrnięcia, a późniejszy ćwierćfinał poniekąd rozpoczyna turniej od nowa. Dlaczego więc mają nie myśleć o zagraniu w ostatnim meczu zmagań, skoro już trzykrotnie ocierali się o złoto - Italia grała w finałach igrzysk w 1996, 2004 i 2016 roku.

Tylko Brazylia, Rosja i USA

Jeśli już o magii medali mowa, to niestety w owym meczu 1/4 finału na drodze i Polaków, i Włochów mogą stanąć zespoły, które w ostatnich turniejach także regularnie dominowały. Brazylia to aktualni mistrzowie olimpijscy i finaliści czterech ostatnich turniejów (przegrywali w 2012 i 2008 roku). Rosja to mistrzowie z 2012 roku, ale także brązowi medaliści z Pekinu i Aten. USA zaś to trzecia ekipa z poprzednich igrzysk, ale złota drużyna z 2008 roku. Cztery ostatnie igrzyska wygrywały tylko i wyłącznie te trzy kraje. Wreszcie Francja nie ma w dorobku żadnego medalu, a Argentyna tylko jeden, brązowy wywalczony w 1988 w Seulu, ale obie ekipy mogą sprawić niespodziankę i trzeba na nie uważać.

Stąd hasło na turniej w Tokio musi być brutalnie szczere: nieważne jak, byle zagrać na medal. Po włosku!

Marcin Lepa, Polsat Sport



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama