Reklama

Reklama

U Diego radość była ekstazą, smutek – tragedią

Uważam go za piłkarza największego, najgenialniejszego. Dla zawodników grających w piłkę w tamtych czasach, był niedoścignionym wzorem, legendą. Oprócz talentu, którego nie da się podrobić, uderzająca była ta pasja, z którą podchodził do piłki. U niego radość była ekstazą, smutek - tragedią, nie wstydził się łez i nie robił tego na pokaz - pisze w najnowszym felietonie dla Interii z cyklu "Piłkarska katedra Dziekana" Dariusz Dziekanowski.

Piłkarski świat żegna Diego Maradonę. A w zasadzie żegna dwóch ludzi, bo jak ktoś kiedyś trafnie to ujął, był na świecie Diego i był Maradona. Ja będę pamiętał go przede wszystkim jako piłkarza. Uważam go za piłkarza największego, najgenialniejszego. Dla zawodników grających w piłkę w tamtych czasach, był niedoścignionym wzorem, legendą. Oprócz talentu, którego nie da się podrobić, uderzająca była ta pasja, z którą podchodził do piłki. U niego radość była ekstazą, smutek - tragedią, nie wstydził się łez i nie robił tego na pokaz. 

Ten wewnętrzny ogień sprawiał, że na boisku robił rzeczy niepojęte. To było coś, w czym nie dorównywali mu inni, których próbowano z nim porównać: Pele, Johana Cruyffa, George'a Besta. Niewiele jest nazwisk piłkarzy, które wypada w ogóle porównywać. Niestety, ten sam ogień, pasja do życia spaliła go poza boiskiem. Ale ja będę pamiętał przede wszystkim jego gole i akcje, które obejrzałem na boisku. Chociaż nie miałem okazji nigdy spotkać go na boisku, to dziś mogę być dumny, że grałem w tym samym turnieju, czyli mistrzostwach świata w Meksyku. Za te dokonania należy mu się wieczny szacunek.

Reklama

Mówiąc o legendach, ludziach których wspominamy z namaszczeniem z boiska, a później bywamy niemile zaskoczeni w ich dokonaniach pozaboiskowych, nasunęło mi się pewne skojarzenie- kilka dni temu na portalu Interia przeczytałem wypowiedź Grzegorza Laty na temat Leo Beenhakkera. Były prezes PZPN użył wobec byłego selekcjonera reprezentacji Polski określenia "to był pajac". Wiadomo, emocje bywają złym doradcą. Czasem dojdzie do ostrej wymiany zdań między trenerami, o piłkarzach nie wspominając.

Często w takich "dyskusjach" padają nieparlamentarne słowa. Często, gdy emocje opadną, pojawia się wstyd czy zażenowanie. Wydawało mi się, że niechęć króla strzelców mundialu do byłego trenera między innymi Realu Madryt i reprezentacji Holandii złagodniała, że po tylu latach jest w stanie na chłodno spojrzeć na tamte wydarzenia. A z wiekiem nabiera się dystansu do pewnych spraw. Muszę przyznać, że wypowiedzi byłego prezesa słuchałem zażenowaniem, bo pewnych rzeczy - zwłaszcza ludziom, którzy w piłce coś osiągnęli - mówić nie wypada. Przykro się robi, gdy wielkie osobistości nie są w stanie zachować klasy.

Rozczarowany też jestem czwartkowym występem Lecha. Wygląda na to, że piłkarzy tej drużyny przerosły pochwały, które słyszeli i czytali wielokrotnie na swój temat. W grze pojawiła się nonszalancja, spadł poziom koncentracji. Niektórzy zrzucają to na karb liczby rozegranych meczów. Jedną rzeczą, na którą w tych pochwałach nieraz przymykaliśmy oko były indywidualne błędy. I tu mam na myśli głównie środkowych obrońców, o których pisałem nie raz i nie dwa. Owszem, sam skupiałem się głównie na komplementach dla młodych zawodników, problemy zamiatałem pod dywan, ale ogólny wniosek jest taki, że jest w ekipie Kolejarza wielu perspektywicznych zawodników, ale są też niestety tacy, którzy pewnego poziomu nie przeskoczą. Tak jak Djordje Crnomarkovic czy Thomas Rogne. 

Sporo emocji wzbudza ostatnio Tymoteusz Puchacz. Ten mecz pokazał nad czym trzeba pracować z tym zawodnikiem - mam on bowiem bardzo dobre momenty (udział przy golu dla Lecha), ale też wciąż bywa dziecinnie naiwny, jak przy straconym golu. Niestety są to błędy, które uchodzą płazem w ekstraklasie, ale już na poziomie międzynarodowym kosztują bardzo drogo. 

Dariusz Dziekanowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama