Reklama

Reklama

​Rozegranie, które przypomina spacer po linie

Wywalczone trzy punkty w Tiranie, przy tak wrogo nastawionej widowni, bardzo cieszą. Wygrana z Albanią mocno przybliżyła nas do awansu do kolejnej fazy eliminacji, czyli baraży. Mam jednak mieszane uczucia jeśli chodzi o styl tej wygranej - pisze w najnowszym felietonie dla Interii z cyklu "Piłkarska katedra Dziekana" Dariusz Dziekanowski.

Z jednej strony cieszy czyste konto i fakt, że właściwie nie pozwoliliśmy rywalowi stworzyć żadnej klarownej okazji pod własną bramką. Z drugiej - wciąż jest sporo pracy jeśli chodzi o kreatywność pod bramką rywala. Wciąż naszą grą rządzi tam przypadek. W pewnym momencie, w drugiej połowie już prawie pogodziłem się z tym, że spotkanie zakończy się bezbramkowym remisem. Niby mieliśmy przewagę, kontrolowaliśmy grę, ale żółta kartka dla Adama Buksy była efektem frustracji i naszej bezradności w ofensywie. Miotał się Buksa, nie mógł się przebić przez albańską defensywę nawet Robert Lewandowski. Trzeba docenić, że Paulo Sousa po raz kolejny miał nosa do zmian i autorami zwycięskiego gola byli dwaj zawodnicy, którzy zostali nieco wcześniej wprowadzeni, czyli Mateusz Klich i Karol Świderski. Aczkolwiek szkoda, że nie potrafiliśmy zbyt wiele zdziałać w składzie wyjściowym.

Reklama

Reprezentacja Polski. Rozegrani piłki niczym spacer po linie?

Patrząc na dotychczasowe spotkania eliminacyjne, jak i te podczas mistrzostw Europy za kadencji Paulo Sousy, nasuwają się pewne ogólne wnioski. Wiemy już, że potrafimy przeciwstawić się silniejszym rywalom, którzy mają nad nami przewagę jakościową i którzy w meczu z nami prowadzą grę. Wówczas pojawia się u nas to znane z historii powszechne ruszenie - oddajemy na boisku serce i zdrowie, a że w większości mamy piłkarzy tylko trochę gorszych od tych z europejskiego topu, jesteśmy w stanie urwać punkty Hiszpanom czy Anglikom. Słowem - tym najlepszym potrafimy przeszkadzać w grze. Tyle, że tak było już również za kadencji poprzedniego selekcjonera, czyli Jerzego Brzęczka (remis z Włochami). Paulo Sousa miał dołożyć do tego poprawę w grze ofensywnej. Faktem jest, zaczęliśmy strzelać więcej goli, ale też na wiele miesięcy rozszczelniła się nasza defensywa. W dwóch ostatnich meczach widać jednak poprawę w grze obronnej. Przydałoby się teraz dołożyć trochę jakości w meczach, w których musimy kreować, kiedy rywal odbiera nam atut gry z kontry. Brakuje nam wciąż tego utrzymania się przy piłce w środkowej strefie boiska, brakuje prób dogrania prostopadle w pole karne do napastników. Kiedy piłkę rozgrywają piłkarze środka drugiej linii, mamy poczucie, że trochę jest to jak spacer po linie - patrzymy na to z zapartym tchem w obawie, że zaraz któryś z zawodników się potknie, straci piłkę i pójdzie groźna akcja rywali. W ostatnim meczu tak potykał się Grzegorz Krychowiak (co na początku omal nie kosztowało nas gola), tracił piłki także Jakub Moder a z Kamila Jóźwiaka było niewiele pożytku.

Nieźle grał natomiast Piotr Zieliński, w końcu częściej był z piłką na połowie rywala, niż na połowie własnej, często też był zaangażowany w odbiór piłki. Tyle, że tutaj podział zadań powinien być jeszcze wyraźniejszy - odbiór i podanie do bardziej kreatywnego kolegi, to robota Krychowiaka. Tak właśnie grał ten zawodnik w swoim najlepszym dotychczas czasie w karierze, czyli gdy był piłkarzem Sevilli. Zieliński natomiast powinien skupiać się na nękaniu obrońców ekipy rywala dryblingami i sprytnymi podaniami, bo do tego jest stworzony. Niewiele jest rozegrania piłki w trójkątach, bo naszym kadrowiczom wciąż brakuje pewności siebie i wzajemnego zaufania. Po dwóch stratach Krychowiaka widać było, że koledzy zaczęli wybierać bezpieczniejsze warianty. Szacunek za bardzo ładną bramkę, ale chciałbym, żeby był to efekt wypracowanej przewagi, a wciąż mam poczucie, że to był zbieg okoliczności. Miejmy nadzieję, że w kolejnych spotkaniach uda się dopracować i te elementy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje