Reklama

Reklama

Raków Częstochowa skradł show

Legia zdobyła kolejny tytuł mistrza Polski. Trzeba oddać królowi, co królewskie i pogratulować. Muszę jednak przyznać, że największym wygranym kończącego się sezonu jest Raków Częstochowa - pisze specjalnie dla Interii Dariusz Dziekanowski.

Początek pracy Czesława Michniewicza w klubie z Łazienkowskiej nie był udany i zbyt fortunny. Pamiętamy, że przez kilka tygodni nowy szkoleniowiec warszawskiego klubu próbował złapać kilka srok za ogon, to znaczy pogodzić pracę w klubie z prowadzeniem reprezentacji młodzieżowej. A że był to newralgiczny, a jednocześnie bardzo ważny moment (Legia walczyła o awans do europejskich pucharów), skończyło się bardzo źle. Natomiast, po kilku miesiącach widać, że Legia zyskała pewien sznyt i to według pomysłu Michniewicza. 

Na pewno wyróżniającą się postacią był najskuteczniejszy strzelec drużyny i całej ekstraklasy (bo raczej nikłe jest prawdopodobieństwo, że ktoś go wyprzedzi w klasyfikacji) Thomas Pekhart. W nowym systemie z trójką obrońców, postrachem dla rywali byli Mladenović i Juranović, zaś w środku boiska z przyjemnością patrzyło się na grę Luquinhasa. Tych kilka mocnych punktów wystarczyło, by w krajowych rozgrywkach ustabilizować formę i być poza konkurencją dla rywali. Legia wróciła do dominacji w naszym kraju, co w ostatnich latach nie zawsze udawało się innym trenerom. Trzeba jednak - niestety po raz kolejny - napisać, że poprzeczka wymagań wisi... coraz niżej. Nie mówię, że Raków czy Pogoń nie miały prawa znaleźć się na podium, ale przewaga tych drużyn nad resztą stawki jest szokująca i świadczy tylko i wyłącznie o niskim poziomie tych rozgrywek.

Reklama

Przed Rakowem Częstochowa należy chylić czoło

Ale to nie znaczy, że chciałbym umniejszyć osiągnięty sukces mistrzowskich zespołów. Doceniam i wyróżniam przede wszystkim jedną z najmłodszych (pod względem stażu) i najmniej doświadczonych drużyn - Raków Częstochowa. Uważam, że w tych warunkach (na przykład grając domowe mecze de facto na wyjeździe) przed Markiem Papszunem trzeba chylić czoło. I to już bez względu na to, czy jego zespół zakończy sezon na drugim czy trzecim miejscu, bo warto nie zapominać też, że już w najbliższą niedzielę Raków będzie też walczył w finale Pucharu Polski.

Często w różnych ligach dzieje się tak, że mniej prężny organizacyjnie klub, który osiąga podobny sukces, jest rozkupowany przez te bogatsze kluby. Tymczasem mam podejrzenia, graniczące z pewnością, że poza jednym zawodnikiem, Kamilem Piątkowskim, trener i dyrektorzy mistrza Polski nie widzieliby u siebie żadnego innego zawodnika Rakowa. I tym większy jest to sukces ekipy z Częstochowy, że z takim potencjałem osiągnęła aż tyle.

Przed Legią, Rakowem i Pogonią batalia o europejskie puchary. Nie robię sobie większych nadziei, bo w europejskich rozgrywkach poprzeczka z naszej perspektywy wisi bardzo wysoko. Chciałbym napisać, że największy potencjał i szanse na awans do fazy grupowej choćby Ligi Europy ma Legia, ale problem polega na tym, że w tej chwili nie bardzo wiadomo o jakim potencjale mówimy. Nie wiadomo dlatego, że wielu zawodnikom kończą się kontrakty, więc znowu w Warszawie będzie plac budowy. Martwi, że nie widać niestety zbyt wyraźnie jakichś sygnałów, że na miejsca, które się zwolnią, czekają młodzi, utalentowani i głodni gry młodzi zawodnicy, którzy trenują w nowoczesnym ośrodku i akademii w Książenicach. Ludzie odpowiedzialni za stronę sportową muszą więc szukać opcji poza granicami naszego kraju, a z tymi pieniędzmi, która Legia jest w stanie zapłacić za zawodników, takie transfery statystycznie obarczone są raczej większym ryzykiem i można spodziewać się bardziej tego, że dany zawodnik nie wypali, niż że stanie się objawieniem. A że w ostatnim czasie wypalił Pekhart, to pewnie na kolejny taki strzał trzeba będzie trochę poczekać. Miejmy jednak nadzieję, że kibice, którzy już niebawem powrócą na stadiony dodadzą Legii wiatru w żagle, co zniweluje braki transferowe...

Dariusz Dziekanowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama