Reklama

Reklama

Puchary a Ekstraklasa, czyli piłkarska choroba dwubiegunowa

Trwa dobra passa polskiej piłki. Po trzech meczach reprezentacji, w których "Biało-Czerwoni" zdobyli siedem punktów, świetny wynik z Moskwy z meczu ze Spartakiem w Lidze Europy przywiozła warszawska Legia. I to bardzo cieszy. Trenerzy obu drużyn stoją teraz przed trudnym zadaniem, żeby podtrzymać tę passę.

Oglądając środowy występ mistrzów Polski w pierwszym meczu fazy grupowej LE nie mogę odgonić się od wspomnień z ubiegłego roku, kiedy w tych rozgrywkach występował Lech Poznań. Jak pamiętamy, początek był równie obiecujący, ale ogólnie sportowy bilans jesieni okazał się dla Kolejorza niezbyt dobry, żeby nie powiedzieć - beznadziejny. Nie dość, że druga część rozgrywek w europejskich pucharach była już pasmem samych porażek (przypomnę tylko, że w pierwszych trzech wpadła przynajmniej wygrana ze Standardem Liege), to jeszcze ekipie z Poznania całkowicie osunął się grunt pod nogami w Ekstraklasie. I chociaż nawet po tych pierwszych przegranych z Benfiką i Rangersami chwaliłem trenera Dariusza Żurawia za odwagę, to kilka tygodni później jego dymisja była niestety jak najbardziej uzasadniona. Chyba nigdy nie będę w stanie wytłumaczyć sobie i zrozumieć jak można oszczędzać piłkarzy na mecz z Podbeskidziem czy Stalą Mielec kosztem rywalizacji z Benfiką.

Reklama

Legia Warszawa wyciągnie wnioski?

Wspominam to po raz kolejny w tym miejscu, bo nie dopuszczam myśli, że taka sytuacja może się powtórzyć - czy to w tym sezonie Legii, czy kiedyś jeszcze Lechowi. Z jednej strony cieszy cenna wygrana ekipy Czesława Michniewicza w Moskwie, ale niestety gdy spojrzymy na wyniki ligowe, to przypomina się koszmar Kolejorza z roku ubiegłego. Wina trenera, to jedna strona medalu, druga, to indywidualne podejście zawodników. Nie do pomyślenia jest dla mnie sytuacja, w której profesjonalny piłkarz zespołu mistrzów Polski nie potrafi znaleźć w sobie motywacji na występ przeciwko krajowym rywalom. Mówimy o profesjonalnym futbolu i każdy tego typu przypadek, że ktoś nie grał z pełnym zaangażowaniem - obojętnie czy przeciwko Śląskowi, Wiśle Kraków, czy Radomiakowi - powinien być traktowany przez szkoleniowców z pełną surowością. Patrząc na kadrę warszawskiej drużyny są podstawy, żeby mieć nadzieję, że jeśli jednemu czy drugiemu się nie zechce podbiec te kilka dodatkowych metrów w takim meczu, to w kolejnym spotkaniu będzie biegał w drużynie rezerw w trzeciej lidze, albo w najlepszym przypadku wtedy, gdy grający w pierwszej drużynie kolega poprosi go o butelkę wody. Bez tej zmiany mentalności ciągle grozi nam - nazwijmy to - piłkarska choroba dwubiegunowa.

Robert Lewandowski znów błysnął

  Tego typu przypadłość na pewno nie zagraża już Robertowi Lewandowskiemu. Kiedy wydaje się, że napastnik Bayernu osiągnął już limit swoich możliwości, on udowadnia, że jesteśmy w błędzie. Wtorkowy mecz z Barceloną i jego dwa kolejne dwa trafienia, to przykład jak można przez 90 minut w każdym spotkaniu być w stu procentach skoncentrowanym i zmotywowanym. Obie bramki - dobitki po odbiciu piłki od słupka - to przykład maksymalnej czujności i przykład niesamowitego instynktu Roberta. On głowy nie wyłącza w meczu ani na chwilę, nawet wtedy, gdy już nogi są zmęczone. Gdy piłka uderza w słupek czy poprzeczkę, to on tam jest, bo wie, że może być pierwszy.

Był w tym spotkaniu taki moment, kiedy po strzeleniu przez "Lewego" pierwszego gola, w jednej z kolejnej akcji któryś z obrońców Bayernu na chwilę się zdrzemnął i za późno ruszył do piłki. Ten moment rzucił mi się w oczy, bo był on w totalnym kontraście do zachowania Lewandowskiego. Dekoncentracja zdarza się zawodnikom na najwyższym poziomie, ale ci aspirujący do tego, żeby dołączyć do elity  muszą pracować podwójnie, żeby te momenty wyeliminować. A jeśli piłkarz zmieni nastawienie, to i trenerom będzie łatwiej.  



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje