Reklama

Reklama

Przedwczesne pożegnanie Fabiańskiego

Przed reprezentacją Polski decydujące mecze w kwalifikacjach mistrzostw świata. W sobotę na rozgrzewkę "Biało-Czerwoni" zagrają z San Marino. W tym spotkaniu wynik, czy raczej rozstrzygnięcie, wydaje się sprawą oczywistą - nie ma mowy, żebyśmy tego meczu wysoko nie wygrali. Zapowiada się zatem, że najwięcej emocji wzbudzi pożegnanie Łukasza Fabiańskiego z kadrą. Bo jest to pożegnanie przedwczesne - pisze w najnowszym felietonie dla Interii z cyklu "Piłkarska katedra Dziekana" Dariusz Dziekanowski.

Kiedy za kadencji Jerzego Brzęczka koniec reprezentacyjnej przygody ogłaszał Łukasz Piszczek, selekcjoner mówił, że długo starał się namawiać gracza wówczas jeszcze Borussii Dortmund do pozostania w kadrze. Piszczek jest rówieśnikiem "Fabiana" i choć z żalem, to ostateczną decyzję można było przyjąć ze zrozumieniem - wiadomo już było, że jest to pierwszy etap końca jego piłkarskiej kariery na szczeblu profesjonalnym, bo w zasadzie przesądzone też było, że w Dortmundzie zostanie jeszcze tylko jeden sezon. Chciał więc skupić się na treningach i występach w klubie - często taka jest kolej rzeczy wśród zaawansowanych wiekiem piłkarzy z pola. Powszechnie znane też były wcześniejsze perypetie Łukasza ze zdrowiem - przeszedł poważną operację biodra, po której były wątpliwości, czy wróci do gry na najwyższym poziomie.

Reklama

Fabiański w swoim stylu

W przypadku "Fabiana" wszystko odbyło się w jego stylu - po cichu, bez przeciągania sprawy, bez wcześniejszych wielkich spekulacji na ten temat, bez wysyłania sygnałów, kokietowania. Ot, poszło w mediach oficjalne oświadczenie zawodnika. Kropka. Dla mnie ta decyzja była niespodziewana i do dziś dziwi mnie, że tracimy takiego zawodnika właściwie bez walki - zarówno ze strony szefostwa PZPN, jak również selekcjonera. Pisałem już w tym miejscu, że to Paulo Sousa swoim postępowaniem wręcz skłonił Łukasza do tego, by taką decyzję podjął. Już na początku kadencji wyraził się wystarczająco jasno, że nie daje mu szans na bluzę z numerem 1 w rywalizacji z Wojciechem Szczęsnym. I trzymał się tej koncepcji przez cały czas.

Można powiedzieć, że Portugalczykowi chyba nawet ulżyło, kiedy się dowiedział, że nie będzie miał więcej takiego dylematu - Szczęsny czy Fabiański. Moim zdaniem takie postawienie sprawy było niesprawiedliwe. Nie zgadzam się też z twierdzeniem, że selekcjoner narodowej reprezentacji ma prawo do własnych wyborów na podstawie swego widzimisię. Reprezentacja ma być drużyną, w której mają grać najlepsi zawodnicy nie tylko pod względem potencjału, ale będący aktualnie w najwyższej formie. A u Szczęsnego z tą formą bywało i bywa różnie, zwłaszcza gdy wchodzi w strefę komfortu, kiedy nie ma presji i konkurencji, czuje się zbyt pewnie, nie musi zbytnio się starać by być pierwszym wyborem. Wówczas zaczynają się problemy.

Sousa kontra Fabiański?

Rozumiem jednak, że Fabiański nie chciał dłużej walczyć w kadrze z wiatrakami i pokornie zgodzić się na rolę rezerwowego, bo na taką rolę nie zasługiwał. Wciąż jest w dobrym dla bramkarza wieku (36 lat) i ma przed sobą jeszcze kilka sezonów gry na najwyższym poziomie. Jest też niezwykle pozytywną postacią. Nie jest to typ człowieka, który lubi brylować i dowcipkować w filmikach dla kanału "Łączy nas piłka". Trzeba rozróżnić cwaniactwo i tani dowcip od inteligentnego poczucia humoru, od klasy. Myślę, że jeszcze przez kilka lat mógłby dać tej drużynie dużo dobrego - nie tylko na boisku, ale i w szatni. Jest wrażliwy i kiedyś był zbyt samokrytyczny, ale teraz dojrzał i stał się ciepłym, otwartym człowiekiem. Jestem przekonany, że gdy w szatni siada obok niego kolega i zwiesza głowę, to "Fabian" będzie tym, który postara się go szczerze pocieszyć. Mógłby jeszcze przez kilka lat świecić przykładem w naszej drużynie narodowej. Ale pod warunkiem, że sam miałby szacunek ze strony selekcjonera...

Dariusz Dziekanowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje