Reklama

Reklama

Powołania przy kawie?

Kiedy selekcjonerem reprezentacji Polski był Jerzy Brzęczek, jednym z grzechów, które popełniał, było wysyłanie powołań do zawodników, którzy w swoich klubach nie grali przez kilka miesięcy, albo grali w liczbie śladowej. W tej kwestii w naszej narodowej drużynie pod wodzą Paulo Sousy zmieniło się niewiele. A patrząc na ostatnie powołania na mecze z San Marino i Albanią, to się zmieniło, ale tylko na gorzej.

Wśród zaproszonych na październikowe zgrupowanie znalazło się aż pięciu zawodników, którzy w swoich klubach najwyżej tylko trenują i nie jest im dane występować w meczach. Zawodnikiem, który za kadencji Brzęczka wzbudzał wiele kontrowersji, był Arkadiusz Reca. Piłkarz będący obecnie na wypożyczeniu w Spezii, znalazł się na szerokiej liście portugalskiego selekcjonera. Mamy więc małe deja vu. Pomijając już fakt, że rozmawiamy o piłkarzach, którzy są w hierarchii poniżej miejsca dwudziestego i którzy pewnie nie mają szans wystąpić ani przeciwko San Marino, ani tym bardziej przeciwko Albanii (niektórzy może jeszcze zostaną odstrzeleni w poniedziałek), to kompletnie nie rozumiem czemu takie decyzje mają służyć. Nawet znalezienie się na wstępnej liście, przy założeniu, że z niej za dwa dni znikną. 

Reklama

Dziekanowski: Merytorycznie te powołania się nie bronią

Komu niby miałyby dać impuls: piłkarzom, trenerom w ich klubach czy może tylko agentom tych zawodników. Zastanawiam się i nie znajduję żadnego wytłumaczenia. Zazwyczaj zawodnicy, którzy w klubach walczą o miejsce wiedzą, że wyjazd na treningi z kadrą może tylko pogorszyć ich sytuację. Znajdują więc wymówkę, żeby nie przyjechać i powalczyć o miejsce w drużynie klubowej. Czasem informują o tym selekcjonera wprost i dostają zgodę, że tym razem lepiej będzie nie upierać się przy przyjeździe. Czy na trenerze Spezii albo Norwich zrobi wrażenie informacja, że rezerwowy zawodnik dostał powołanie do drużyny narodowej? Chyba tylko zdziwienie, bo raczej na pewno nie wzmocni pozycji Recy czy Płachety. O ile w stosunku do Krzysztofa Piątka może to być ukłon na zasadzie: wracasz po kontuzji, pamiętamy o tobie, ale jeśli to ma być taki gest, to wystarczyłby telefon. Merytorycznie te powołania się nie bronią.

Legia pominięta przy powołaniach?

Próbuję sobie wyobrazić, w jakich okolicznościach pojawiają się takie pomysły - czy Paulo Sousa sam na nie wpada, czy gdzieś przy kawie, na towarzyskiej pogawędce ktoś mu te dziwne pomysły podrzuca. Jeśli Portugalczyk miałby wysyłać komuś jakiś sygnał, to ewentualnie grającym zawodnikom w Ekstraklasie. Choćby grającym w europejskich pucharach legionistom: Mateuszowi Wietesce czy Maikowi Nawrockiemu. Tymczasem zabrakło nawet zaproszenia dla dowołanego przed wrześniowymi meczami i grającego połówkę przeciwko San Marino Bartosza Slisza. Nie żebym uważał, że brak tych zawodników, to jakiś skandal, wszyscy wiemy jaki jest poziom Ekstraklasy, ale jeśli chodzi o jakąś promocję, motywację czy impuls, to moim zdaniem oni bardziej na nie zasłużyli, aniżeli ci niegrający w ogóle zawodnicy z klubów zagranicznych.

Już łatwiej byłoby mi zrozumieć, że przy okazji pożegnalnego występu Łukasza Fabiańskiego, trener Sousa sięga po Kamila Grosickiego czy Artura Jędrzejczyka. Nawet przymknąłbym oko na obecność na tym zgrupowaniu...Sławomira Peszki. W końcu i im też wypadałoby podziękować za występy i pomoc w utrzymywaniu dobrej atmosfery w szatni. A w przypadku Grosika, to wcale nie byłby to w tym momencie merytorycznie gorszy wybór od jednego czy drugiego z powołanych eksportowych ławkowiczów.

Dariusz Dziekanowski



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje