Reklama

Reklama

​Po piłkarskiej uczcie czas wrócić do rodzimego bistro

Mówi się, że człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do dobrych rzeczy. A kiedy mówimy o luksusach, to ten proces jest błyskawiczny. Można powiedzieć, że zakończone kilka dni temu mistrzostwa Europy były właśnie takim luksusem, bowiem - zarówno pod względem sportowego poziomu, jak i emocji - był to turniej niezwykły, fantastyczny. Porównując kibiców do smakoszy, można powiedzieć, że przez miesiąc stołowaliśmy się w najlepszych restauracjach Europy. Jak to w życiu, z każdym meczem wymagania rosły, ale każde kolejne spotkanie zaspokajało apetyt. A teraz, po Euro, musimy czekać no kolejną ucztę, a w międzyczasie na nowo przyzwyczaić się do jedzenia w rodzimych bistro, czyli oglądania naszych krajowych, klubowych drużyn. Nic dziwnego, że po takich rarytasach, na zwykłego schabowego kręcimy nosem - pisze w swoim cyklu "Piłkarska katedra Dziekana" Dariusz Dziekanowski.

Takim schabowym była rywalizacja Legii w 1. rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzów oraz mecz Śląska w eliminacjach do Ligi Konfederacji. Sporo zachwytów wywołał zwłaszcza środowy występ mistrzów Polski przeciwko mistrzom Norwegii. Cieszy awans, ale powiedziałbym, że wynik (2-0) był lepszy niż gra ekipy z Łazienkowskiej. Trener Czesław Michniewicz mówił po meczu, że jego zespół zagrał mądrze, miał przecież zaliczkę z pierwszego spotkania (3-2). A ja, może nieco rozkapryszony po Euro 2020, miałem wrażenie, że Legia zagrała zbyt bojaźliwie. 

O ile w mistrzostwach Europy obowiązywała niepisana zasada, że najważniejsza jest atrakcyjna, ofensywna gra, wynik jest jej konsekwencją, tak w Warszawie, już w 1. rundzie eliminacji mieliśmy pokaz kunktatorstwa. O ile podczas Euro najdalej zaszły drużyny, w których liczyła się gra zespołowa, w których gwiazdy zeszły na drugi plan, tak po meczu Legii pamiętamy przede wszystkim piękną bramkę i indywidualne popisy Luquinhasa. Trudno pochwalić mistrzów Polski za to, że tworzyli zgrany kolektyw. 

Reklama

Widziałem zbyt wielu zawodników, zwłaszcza w środku boiska, którzy przede wszystkim grali piłkę do tyłu, w najlepszym przypadku w bok, mało było prób prostopadłych podań. Ten zarzut kieruję głównie do Andre Martinsa i Bartosza Slisza. Legia przez to sprawiała wrażenie drużyny grającej zbyt pasywnie. Jeśli pomocnicy nie potrafią utrzymać piłki, jeśli chcą się jej jak najszybciej pozbyć, wybierając najprostsze rozwiązanie, to nie ma mowy o dominacji, o prowadzeniu gry. Tempo gry było jednostajne.

Mając w pamięci mistrzostwa Europy, można było odnieść wrażenie, że ktoś puścił ten mecz w zwolnionym tempie. Nie było zmiany rytmu gry, natomiast zbyt dużo było asekuranctwa. Przy wyniku 1-0, przy tak zapełnionych trybunach i tak głośnym dopingu, aż prosiło się, żeby piłkarze trochę się rozluźnili (nie mylić z utratą koncentracji) i zaprezentowali kibicom trochę więcej radości z gry, więcej kreatywności i szaleństwa. Dobrze, że Legia poradziła sobie z teoretycznie najsilniejszym rywalem, na którego mogła wpaść na tym etapie kwalifikacji, ale obawiam się, że taki poziom gry może nie wystarczyć na silniejszego rywala. A łatwiej już raczej nie będzie.

Oczywiście nie wszystko w Legii jest do skrytykowania, było bowiem kilka elementów dających nadzieję, że z tygodnia na tydzień mistrz Polski będzie prezentował się coraz lepiej. Jest w drużynie poważny konkurent w napadzie, a w zasadzie - mam takie nadzieje - poważny partner dla Tomasa Pekharta. Chodzi oczywiście o Mahira Emrelego. Napastnik z Azerbejdżanu ma wigor, ma ciąg na bramkę, ma odwagę i nie ma kompleksów. Takiego zawodnika Legii brakowało w ubiegłym sezonie. Ma więc trener możliwości na to, by zaskoczyć rywala. Cieszy, że od początku z dobrej strony pokazuje się Emreli, że asystę zaliczył inny nowy nabytek, Mattias Johansson. O świetnej formie Luquinhasa już wspomniałem.

Mam nadzieję, że w sobotę w Superpucharze Legia grając u siebie z Rakowem pokaże więcej ze swojego arsenału i ten mecz da trenerowi i zawodnikom więcej wiary we własne możliwości. 

Dariusz Dziekanowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama