Reklama

Reklama

Piłkarska katedra Dziekana: Szukamy odpowiedzi czy mnożymy pytania?

Przed wygraną ze Standardem Liege zachwycaliśmy się grą Lecha, mimo że przegrał mecze z Benficą i Rangersami. Teraz na międzynarodową scenę wróciła reprezentacja Polski i po niezbyt efektownej grze pokonała Ukrainę 2-0. Wraca więc odwieczne pytanie: wolimy efektowne porażki, czy wymęczone zwycięstwa? Najlepsze są... wygrane po efektownej grze, ale one tak cieszą dlatego, że są tak rzadkie - pisze specjalnie dla Interii, w cyklu "Piłkarska katedra Dziekana" Dariusz Dziekanowski.

Wbrew temu, co mówi większość kibiców, występ "Biało-Czerwonych" w Chorzowie wcale nie był taki zły. OK, wygraliśmy dość szczęśliwie, bo najpierw rywale marnują rzut karny, potem bramkarz Łunin popełnił błąd fatalny w skutkach dla Ukraińców. Ale widziałem w tym meczu wiele obiecujących fragmentów. Przede wszystkim dawno nie obserwowałem w towarzyskim spotkaniu takiego zaangażowania, jakim wykazywali się nasi zawodnicy. I to najwięcej serca wkładali ci najmniej doświadczeni - Płacheta, Walukiewicz, Jóźwiak, Gumny, Moder. Ze starszych na pochwały pod tym względem najbardziej zasłużył - po raz kolejny - Góralski. Będę zaskoczony, jeśli zabraknie go w zbliżających się meczach z Włochami i Holandią. Jeśli w ostatnim czasie ktoś wywalczył miejsce w pierwszej jedenastce, to jego nazwisko nasuwa się jako pierwsze.

Reklama

Jednej rzeczy, której wciąż nie potrafię zrozumieć w filozofii selekcjonera, to tak rozległych eksperymentów. Co mam na myśli pisząc "rozległych"? Tego, że tuż przed spotkaniem o punkty (nawet o pierwsze miejsce w Lidze Narodów!), wystawia zawodników, którzy mają szansę stać się pewnymi punktami drużyny dopiero za jakiś czas. Nie sądzę, że w najbliższym roku w meczu o punkty zagrają razem od pierwszej minuty Płacheta z Gumnym. Dla Walukiewicza też lepiej by było, gdyby teraz mógł spróbować zagrać u boku bardziej doświadczonego kolegi. Nie wiem co by się stało, gdyby 45 minut dostał Glik, a potem zmienił go Bednarek. Te 45 minut w towarzyskim spotkaniu reprezentacji powinno być wykorzystane na ogrywanie głównie jedenastki, o której mówimy w danej chwili wyjściowa.

Nie rozumiem do końca takiego oszczędzania sił piłkarzy, bo 45 minut - i wiem to z autopsji - nikomu by specjalnie nie zaszkodziło. Czyli na boisku powinno znaleźć się 7-8 pewniaków, a tylko trzech, maksymalnie czterech młodszych kandydatów. Na tle mocnego szkieletu sprawdzamy nowe warianty, a nie odwrotnie. Jaka jest korzyść z tego, że występują głównie ci nieograni uzupełnieni starszymi, ale którzy nie są pewniakami (Milik, Zieliński, Piątek, Rybus) Takie mecze powinny dawać odpowiedzi na wiele pytań i wątpliwości, a nie te pytania mnożyć. Niestety, praca z kadrą to nie klub, czas powinien być wykorzystywany maksymalnie efektywnie, a mam wrażenie, że selekcjoner rozłożył dwa pudełka klocków i buduje dwie niezależne konstrukcje.

Mimo wszystko trzeba oddać trenerowi i piłkarzom, że mimo eksperymentalnego zestawienia, byli tak dobrze zorganizowani w defensywie. Imponował mi Walukiewicz, mimo że popełnił dwa dość ewidentne błędy. Dobrze, że bez konsekwencji, bo często pod presją podejmował zbyt ryzykowne decyzje. To, że mu się upiekło, utwierdzi go w przekonaniu, że odważna gra popłaca. Jego i kilku kolegów, bo to co podoba mi się w grze tych młodych zawodników, to fakt, że nie chowają się za plecami, nie grają pasywnie, tylko wchodzą do drużyny i starają się zaprezentować swoje atuty. I naciskają na starszych kolegów. Cieszy mnie też to, że Szczęsny z Fabiańskim nie powinni martwić się tylko tym, czy zagra jeden z nich, czy drugi, ale do rywalizacji włączył się Skorupski. I bardzo dobrze. Nic tak bowiem nie rozleniwia, jak poczucie, że moja pozycja w zespole jest niezagrożona.

Dariusz Dziekanowski


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama