Reklama

Reklama

Paulo Sousa, czyli top flop

Koniec roku zaskoczył nas nie tylko dużymi zmianami w pogodzie, ale przede wszystkim ogromnym przewrotem w reprezentacji – Paulo Sousa zrezygnował z prowadzenia reprezentacji Polski. Nie byłem jego fanem, ale tym, w jaki sposób się z nami pożegnał, „przyprawił gębę” nie tylko sobie, ale przede wszystkim PZPN i naszej drużynie narodowej. Portugalczyk, przed niezwykle ważną rozgrywką barażową o awans do mistrzostw świata pozostawił po sobie lej po bombie.

Nie tylko decyzja i zachowanie Paulo Sousy było bulwersujące. Nie mogę uwierzyć, jak Portugalczyk mógł w połowie grudnia spotkać się z prezesem Cezarym Kuleszą i nawet nie zająknąć się o swoich planach. Z relacji prezesa Kuleszy i późniejszych wywiadów Sousy w różnych mediach płynął przekaz: pełna koncentracja przed marcowymi spotkaniami. Dziesięć dni później selekcjoner dzwoni do tego samego prezesa i prosi o rozwiązanie kontraktu, najlepiej za porozumieniem stron.  Warto wspomnieć jak to wszystko się zaczęło (słynny cytat z Jana Pawła II na powitanie z polskimi kibicami), a skończył przygodę z naszą kadrą podpisując umowę z Flamengo w... Fatimie. To jest Mount Everest hipokryzji.

Reklama

Paulo Sousa zaskoczył wszystkich

Czytałem ze zdumieniem relacje na temat losów Sousy, przecierałem oczy ze zdumienia czytając i słuchając niektóre komentarze na ten temat. Między innymi głównego sprawcy zatrudnienia Portugalczyka w naszej reprezentacji, czyli Zbigniewa Bońka. Były prezes przekonywał, że to topowy trener, a kontrakt PZPN z Sousą był bardzo korzystny dla związku. Nie znalazł się w nim zapis o ewentualnym odszkodowaniu w przypadku zerwania umowy przez selekcjonera, bo wtedy otwierało by to trenerowi furtkę do zakończenia współpracy przed czasem. Zibi rzucił przykładowo kwotę 500 tysięcy euro. Nie rozumiem dlaczego akurat tyle, a nie na przykład dwa razy więcej, czyli milion euro. Efekt tak "świetnie" skonstruowanej umowy jest taki, że do związku wpłynęło/wpłynie nawet nie 0,5 mln euro, prawdopodobnie 320 tysięcy euro. Niektórzy nazwali to fortuną, ale to przecież zaledwie cztery i pół pensje Portugalczyka i niewiele więcej niż dwu miesięczny koszt całego jego sztabu. Nie jest to kwota wygórowana, rekompensująca sytuację w jakiej się znaleźliśmy. Więc cała operacja "Sousa w reprezentacji", to żaden top, tylko jeden wielki flop. 

CZYTAJ TAKŻE: Ucieczka Paulo Sousy wiele mówi o współczesnym futbolu

Paulo Sousa - niedorzeczności Zbigniewa Bońka

Kolejną niedorzeczną opinię spod pióra Zbyszka Bońka, którą przeczytałem na, to stwierdzenie, że przez to całe zamieszanie (a może trzeba byłoby uznać, że dzięki niemu) reprezentacja zagra w barażach wku...na i tym samym zwiększają się jej szanse na awans. W takim razie mam jeszcze lepszą propozycję: niech PZPN natychmiast zatrudnia nowego selekcjonera i zwolni go tuż przed marcowymi spotkaniami. Niech piłkarze sami, na tym wk...niu, ustalą skład i plan na mecz z Rosją, a w tym wypadku zapewne także na Szwecję. Niech resztą zajmie się rzecznik prasowy i team manager w jednej osobie, czyli Jakub Kwiatkowski. Swoją drogą, to najbardziej poturbowana osoba w tym całym zamieszaniu. Przez całą kadencję był uchem i ustami Portugalczyka, tłumacząc jego wypowiedzi na konferencjach i nawet jemu Sousa nie zdradził swoich zamiarów. Zdradził za to tak bliskiego i oddanego współpracownika. Wieść zastała Kwiatkowskiego na wakacjach. Mam nadzieję, że się już otrząsnął z szoku.

Dlaczego uważam, że ucierpiał wizerunek PZPN, zwłaszcza na arenie międzynarodowej? Dlatego, że rzadko się zdarza, by selekcjoner jakiejś reprezentacji - czyli teoretycznie najbardziej pożądanej posady w danym kraju, w dodatku z najlepszym napastnikiem świata w składzie - porzucał ją w kluczowym momencie, kiedy drużyna stoi przed szansą awansu do najważniejszej piłkarskiej imprezy, czyli mundialu. Nie są to standardy krajów cywilizowanej Europy.

Paulo Sousa zostawił po sobie lej po bombie

Powtórzę to, co napisałem na wstępie - Portugalczyk zostawia po sobie lej po bombie. I chociaż wielokrotnie go krytykowałem, wcale nie cieszę się z tego powodu. Przede wszystkim dlatego, że wsadza swojego następcę na bardzo wysokiego konia. Potrzebny jest nam teraz trener, który musi jakoś poskładać cały ten bałagan, pozostawiony przed Sousę i rozegrać tak ważne mecze. Mam obawy, czy kandydaci, których nazwiska pojawiają się w przestrzeni medialnej są w wystarczająco dobrym momencie swojej zawodowej kariery, aby podjąć się tego wyzwania, jakim jest fotel selekcjonera reprezentacji.  Porażki klubowe, czy długa przerwa w pracy nie dają dużych nadziei na sukces w barażach. A awans na mundial, to jedno z kluczowych życzeń kibiców piłkarskich na 2022 rok. Sytuacja jest praktycznie beznadziejna, ale mimo wszystko życzę wszystkim, żeby to niemożliwe zadanie okazało się wykonalne.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama