Reklama

Reklama

Niedoceniany rozsądek

Poniedziałkowa ceremonia wręczenia Złotej Piłki, a zwłaszcza reakcje w naszym kraju na decyzje, pokazują po raz kolejny, że prawdziwe jest powiedzenie: człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do dobrego. Wielu kibiców rozczarowanych było faktem, iż ta prestiżowa nagroda po raz kolejny trafiła do Leo Messiego a nie Roberta Lewandowskiego. Też jestem zawiedziony, ale mówienie, że drugie miejsce w głosowaniu jest porażką, to gruba przesada.

Większość ekspertów jest zgodnych, że szala na korzyść Argentyńczyka przechyliła się ponieważ zdobył on ze swoją drużyną narodową mistrzostwo Ameryki Południowej i miał w tym triumfie ogromny udział. Robert nie mógł pochwalić się sukcesem z reprezentacją i pewnie prędko (jeśli w ogóle za jego kadencji) to się nie zmieni. Same liczby strzelonych goli nie wystarczyły. Niemniej, patrząc tak na chłodno, to bez wątpienia trzeba docenić to do jakiej pozycji w światowym futbolu doszedł. Przyszło mu grać w czasach dwóch piłkarskich geniuszy - Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Kilka lat temu wydawało się, że dopóki obaj będą grali w piłkę, dopóty wszelkie nagrody rozdzielane będą między nich. A jednak Lewemu udało się ustawić z nimi w jednym szeregu, a nawet już przed Portugalczykiem. Czy przed Messim? Tu pewnie zwolennicy jednego i drugiego nigdy się ze sobą nie zgodzą. Jeśli chodzi o talent, to Argentyńczyk nie ma sobie równych. Jednak to Robert od dłuższego czasu wymieniany jest w gronie faworytów do indywidualnych nagród i dlatego czujemy niedosyt, że wciąż nie doczekaliśmy się tej wisienki na torcie. Zamiast pomstować, powinniśmy cieszyć się - ogromnym przecież - jego sukcesem. Pomyślmy też kiedy następny polski piłkarz pójdzie w ślady Roberta Lewandowskiego  i zbliży się chociaż do dziesiątki nominowanych.

Reklama

Lewandowskiego i Messiego łączy wiele

Przy okazji tego plebiscytu warto także zwrócić uwagę na coś innego - wiek Lewego i Messiego. Obaj już dawno przekroczyli trzydziestkę i za ich plecami nie bardzo widać tych, którzy mogą im zagrozić - ani wśród Polaków, ani Argentyńczyków. Zarówno Messi, jak i Lewandowski prezentują też najczystsze wartości sportowe - w ich zawodowym życiu piłka stoi na pierwszym miejscu. Życie i "wyczyny" pozasportowe nigdy nie przyćmiły tego, co robią na boisku. Blichtr, poza celebryty - to nie ich świat. Może dlatego utrzymują się na topie tak długo.

Kolejna kwestia: choć nikt tego oficjalnie nie przyzna, to wiadomo, że za sukcesami w takim plebiscycie stoi też popularność i marketingowa siła. Od kilku lat Bayern - w dużym stopniu dzięki Robertowi - wzmacnia swoją pozycję, ale obawiam się, że klub z Monachium i cała niemiecka piłka nie osiągną prędko statusu takich klubów jak Real Madryt, Barcelona, czy kluby z Premier League. Nie osiągnie, bo rozsądek w wydawaniu pieniędzy nie jest należycie premiowany. Rozważna i rozsądna polityka finansowa - taka jak w Bayernie - nie przynosi takiego splendoru i rozgłosu, jak szastanie pieniędzmi do granic absurdu. To dla tych, którzy wydają najwięcej, nawet jeśli grozi im to bankructwem, naginane są zasady finansowego fair play, bo pieniądze przysparzają popularności. Spójrzmy na przykład na Newcastle - gdy okazało się, że do przejęcia klubu szykują się szejkowie z Arabii Saudyjskiej, w stronę St. James' Park skierowały się oczy całej Europy.

W ostatnich dniach wrócił także temat odejścia Roberta Lewandowskiego do Realu. Zresztą te próby Roberta i jego agenta trwają od kilku lat. I kto wie, czy gdyby Lewy reprezentował Królewskich, nie miałby już w gablocie Złotej Piłki. Czy granie w Realu nie byłoby w tym aspekcie ważniejsze od sukcesów (lub ich braku) z reprezentacją? Dlatego rozumiem i podziwiam naszego czołowego napastnika, że najwyraźniej nie rezygnuje z dalszych ambitnych planów.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje