Reklama

Reklama

​Moje "sprzeczki" z Trenerem Tysiąclecia

Kilka dni temu - dokładnie 2 marca - trener Kazimierz Górski, gdyby żył, obchodziłby setne urodziny. Pan Kazimierz jest legendą polskiego futbolu, do tej pory nie zbliżył się do niego żaden inny polski trener i nic się zapowiada, żeby ktoś w najbliższym czasie dorównał jego klasie. Urodziłem się za późno, żeby grać w reprezentacji Polski pod jego wodzą - a nawet gdybym się urodził wcześniej, to nie wiem, czy przebiłbym się do jego zespołu - ale miałem to szczęście poznać go na dalszym etapie jego kariery, a potem już po karierze.

Moje pierwsze wspomnienie, to początek lat 80-tych, kiedy pan Kazimierz był trenerem Legii, a ja z Gwardią awansowałem do ówczesnej ekstraklasy. Po raz pierwszy wtedy spotkałem Trenera Tysiąclecia i mogłem na własne oczy zobaczyć jego i wszystko to, co wcześniej oglądałem tylko w telewizji, albo o czym czytałem w gazetach. To "coś" to ten spokój, opanowanie, którym emanował. Miałem wrażenie, że dla niego nie ma sytuacji w meczu, w której nie znalazłby prostego, ale skutecznego rozwiązania.

Ktoś mnie zapytał z okazji setnej rocznicy urodzin Trenera Tysiąclecia: czy jest dziś na świecie szkoleniowiec, który przypomina mi trenera Górskiego. Długo się nad tym pytaniem zastanawiałem, ale... odpowiedzi nie znalazłem. Taka szkoła trenerska dziś - w dobie wszechobecnych mediów, portali społecznościowych - chyba już nie istnieje. Mamy w Polsce, wykreowane głównie przez media, polskie wersje Mourinho, Guardioli, ostatnio w Krakowie pojawiła się nowa, młodsza wersja Kloppa (można zażartować, że derby Krakowa to pojedynek Guardiola - Klopp), ale nie słyszeliśmy, żeby pojawił się drugi Górski. Co prawda pojawiło się takie porównanie w jednej z niedawno wydanych książek, ale nie kopmy już leżących. 40 lat temu nie było Internetu, nie było mediów społecznościowych, trenerzy wyrażali swoją osobowość na boisku, w stylu gry swojej drużyny. I to z perspektywy czasu dodaje im szlachectwa.

Reklama

Przez jakiś czas regularny kontakt z panem Trenerem, choć już będącym na emeryturze, miałem w drużynie Orłów Górskiego. To był też pewnego rodzaju fenomen, że na mecze zespołu oldbojów przychodziło ponad 10 tysięcy widzów. Czekałem i uwielbiałem te mecze, bo była to okazja, żeby spędzić kilka chwil z panem Kazimierzem i....posprzeczać się z nim o numer na koszulce. W złotych czasach tej drużyny byłem trzecią w hierarchii "dychą", po Kazimierzu Kmieciku i Janie Domarskim. Po drugim występie zapytałem zaczepnie (oczywiście w żartach). - Panie Trenerze, kiedy ja będę mógł dostać koszulkę z dziesiątką? - Darku, na pewno będziesz miał szansę, ale na razie jest Kaziu Kmiecik, jest Janek Domarski i musisz poczekać.

Potem to pytanie stało się pewnego rodzaju rytuałem, zadawałem je regularnie. A zwłaszcza wtedy, kiedy udało mi się w meczu strzelić więcej bramek niż moi starsi koledzy. - Darku, musisz nadal ciężko pracować - to była jego zwyczajowa odpowiedź. Te tłumaczenia były pełne humoru, wdzięku, ciepła. Ale będąc w tej drużynie dostałem namiastkę tego, co przeżyli moi starsi koledzy będący członkami tamtej wspaniałej reprezentacji z lat 70-tych. Zrozumiałem też dlaczego nawet najtrudniejsze charaktery stawały się potulnymi barankami w jego obecności. Charyzma. Niektórzy kojarzą ją z rządami twardej ręki, z rzucanymi wojskowym tonem poleceniami. Powszechnie uważa się, że charyzmatyczny trener, to taki, który ma posłuch w drużynie, i który wzbudza strach.

Pan Trener Kazimierz Górski był absolutnym zaprzeczeniem tego stereotypu - miał olbrzymią charyzmę, a jednocześnie był wspaniałym i życzliwym człowiekiem. Lubiło się go jako trenera, ale przede wszystkim jako człowieka. Trener Kazimierz Górski był niepodważalnym autorytetem i nigdy nie musiał nikomu mówić: ja tu rządzę. 

Korzystając z okazji chciałbym serdecznie podziękować wszystkim Orłom Górskiego za niezapomniany czas spędzony w ich gronie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje