Reklama

Reklama

Lepsi od Leicester City, a słabsi niż Raków. Dlaczego?

W meczu Ligi Europy Legia ponownie pokazała piękniejszą twarz. Czwartkowe spotkanie na Łazienkowskiej spełniło wszystkie warunki świetnego piłkarskiego spektaklu – mistrz Polski grał z ekipą z Premier League jak równy z równym, wygrał. Nie bez znaczenia był z pewnością fantastyczny doping blisko 30 tysięcy kibiców. Pod względem atmosfery na stadionie Legia byłaby jednym z faworytów w Lidze Mistrzów.

Ekipa Czesława Michniewicza dostaje w meczach w europejskich pucharach niesamowitą energię. Choć nie wszystko perfekcyjnie funkcjonuje w jej grze pod względem technicznym i taktycznym, to żadnemu z zawodników nie można zarzucić braku ambicji i zaangażowania. A - co równie ważne - żaden z legionistów "nie pęka" przed teoretycznie silniejszymi przeciwnikami. Po ostatnich dwóch spotkaniach w Europie można wysunąć wniosek, że ten brak kompleksów stał się normą. Do odważnych świat należy i tylko wówczas, gdy podejmuje się ryzyko, pojawia się szansa, że zdarzają się takie historie jak ta, że jednym z bohaterów meczu zostaje Cezary Miszta - bramkarz, który kilka dni wcześniej był jednym z głównych winowajców porażki z Rakowem. 

Reklama

Cezary Miszta pokazał klasę

Może nie był to mecz, który zmusił go do ekwilibrystycznych interwencji, ale bramkarza często rozlicza się też za szczęście. Kibice nie przepadają za świetnie wyszkolonymi pechowcami. Oby dla Miszty ten występ był początkiem marszu w górę. Jest to też zapewne wielka radość dla szefów akademii warszawskiego klubu, bo to właśnie w europejskich rozgrywkach piłkarze swoją grą doklejają zera do własnej wartości. To tutaj można zapracować na to, że za danego zawodnika ktoś zechce zapłacić nie 300 tysięcy a 3 miliony euro.

Piszę o młodym bramkarzu Legii także z innego powodu - patrząc na jego wypowiedzi nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to jest przykład chłopaka, dla którego występy w pierwszej drużynie Legii są wielkim wydarzeniem. I to występy nie tylko te w europejskich pucharach, ale także na polskich boiskach. To zawodnik, który jest wzruszony do łez z radości po zwycięstwie z Leicester City, ale też do łez wściekły po przegranej w Ekstraklasie. A ten emocjonalny stosunek, emocjonalne zaangażowanie, czy mówiąc jednym słowem "motywacja" jest dla Legii w tej chwili nieco problematyczna. O ile w meczach w LE ten element stoi na wysokim poziomie, to już w krajowych rozgrywkach jest z tym kiepsko. 

Po meczu rozgrywanym z przedstawicielem jednej z najsilniejszych lig świata i w takiej atmosferze, jak w czwartkowy wieczór, nie jest łatwo wznieść się na motywacyjne wyżyny w spotkaniu przeciwko krajowym rywalom. Legia budziła się już, gdy miała nóż na gardle, ale musi uważać, żeby na krajowym podwórku nie obudzić się z przysłowiową ręką w nocniku. Bo niestety, to też się jej zdarzyło i w tej chwili grozi.

Legia Warszawa z trudną serią spotkań

Przed tygodniem sporo mówiło się o tym, że mistrzów Polski czeka seria trudnych spotkań - Raków, Leicester, Lechia, Lech. A ja uważam, że taka seria może Legii się przydać. Może to będzie lek na te napady snu, na które cierpi w meczach ekstraklasy. W portalach społecznościowych pojawiało się dziś zdjęcie, na którym zamiast twarzy z wczorajszej oprawy wklejano zdjęcie Michniewicza. Może idąc tym tropem, piłkarze Legii powinni poprzerabiać też nazwy najbliższych przeciwników i zamiast Lechii i Lecha nakleić na plakacie "Leicester". Tak się składa, że w tych trzech nazwach rywali pierwsze dwie litery są takie same. Może Legia znajdzie też wspólny mianownik w tych wszystkich meczach w postaci wyników...



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy