Reklama

Reklama

Dymisja Brzęczka, czyli cios z partyzanta

Prezes PZPN Zbigniew Boniek zgotował nam w tym tygodniu przedstawienie pt: "zmieniam selekcjonera reprezentacji Polski". Uważam - pisałem i mówiłem o tym wielokrotnie - że pod wodzą Jerzego Brzęczka drużyna gra poniżej możliwości. Czy zmieni się na lepsze? Tego się nie dowiemy, dopóki Paulo Sousa nie spotka się z drużyną, nie przeprowadzi z nią kilku treningów i pogadanek, nie poprowadzi meczu - pisze w swoim cyklu "Piłkarska katedra Dziekana" Dariusz Dziekanowski.

Na razie mogę powiedzieć, że nazwisko Portugalczyka, jako trenera, nie jest adekwatne do atmosfery napięcia, jaką Zibi zbudował po poniedziałkowym komunikacie. Zmiana była jednak potrzebna. Czy można w tym momencie powiedzieć: lepiej późno niż wcale? Uważam, że decyzja ta zapadła dużo za późno. Ale chyba nie tylko ja mam wrażenie, że większe emocje niż nazwisko nowego selekcjonera wzbudził sposób dymisji poprzedniego trenera.

Reklama

Mimo że Jerzy Brzęczek sprawował swoją funkcję 2,5 roku, to cały czas miałem poczucie, że reprezentacja Polski jest placem budowy, a ten niezbyt doświadczony były już selekcjoner przez ten długi czas głównie eksperymentował. Wiadomo, że stały dopływ świeżej krwi jest niezbędny w każdej drużynie, jest to element napędzający konkurencję, stymulujący rozwój. Ale jeśli eksperymenty są jedynym albo głównym motywem pracy, to drużyna narodowa nie jest dobrym na to miejscem.

To że Jerzy Brzęczek nie wyciskał z naszej piłkarskiej drużyny narodowej wszystkich soków widzieli prawie wszyscy: kibice, dziennikarze. Jedynym, który bronił trenera był prezes PZPN. Przypomnijmy, że szef naszej piłkarskiej federacji w maju przedłużył z nim kontrakt. Warto przytoczyć jego słowa, bo obserwując wczorajsze występy Bońka trudno było nie zauważyć, że sporo było w nich sprzeczności.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

- Postanowiliśmy przedłużyć kontrakt z Jerzym Brzęczkiem do końca 2021 roku, bo mamy pełne zaufanie do selekcjonera i prowadzonej przez niego reprezentacji. W umowie jest jedna istotna klauzula, która w sierpniu 2021 roku daje PZPN możliwość rozwiązania kontraktu. W tym okresie zakończy się moja kadencja na stanowisku prezesa PZPN i chciałbym, aby nowe władze federacji miały możliwość podjęcia autonomicznej decyzji odnośnie dalszej pracy selekcjonera - mówił w maju.

Wczoraj prezes przyznał, że od jakiegoś czasu w drużynie był marazm i że najlepszym meczem za kadencji Brzęczka był ten, rozegrany cztery dni po objęciu przez niego funkcji selekcjonera, czyli z Włochami na wyjeździe (1-1). Czyli - jak rozumiem - od tamtej pory było tylko gorzej. Czyli przez ponad dwa lata prezes nie widział, co się dzieje z drużyną, potrzebne mu było zaś półtora miesiąca pod koniec ubiegłego roku, żeby dojść do wniosku, że tak dalej być nie może.

Odwlekając tę decyzję tak długo, a potem opowiadając, że z Jerzym Brzęczkiem rozstał się w przyjaznej atmosferze, jedyne co Zbigniew Boniek w ludziach wywołał, to współczucie dla byłego selekcjonera, że tak został potraktowany. Miało być dobrze, a wyszło bardzo nieelegancko. Miało to być takie zwolnienie nie "w polskim stylu", czyli nie szafot, nie gilotyna po przegranym meczu, ale spokojnie, merytorycznie, przy kawce. Tak po włosku.

Rzeczywiście było inaczej, nietypowo, ale czy aby na pewno lepiej, z większą klasą? Jedni mówią, że poniedziałkowy komunikat PZPN, był jak grom z jasnego nieba. Ja kolokwialnie nazwałbym to strzałem z partyzanta. Jedynym elementem w tej operacji kojarzącym się nie z Polską, a na przykład Włochami, była właśnie kawa. Kawa, którą - tak podejrzewam - Jerzy Brzęczek mógł się zachłysnąć i krzyknąć po włosku:  "ZAKRĘT"!.... 

Dariusz Dziekanowski

Dowiedz się więcej na temat: Dariusz Dziekanowski | reprezentacja Polski | Paulo Sousa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama