Reklama

Reklama

Do trzech razy sztuka - czyżby Kulesza wybrał Probierza?

Już ponad dwa tygodnie czekamy na informacje od prezesa PZPN Cezarego Kuleszy kto zostanie selekcjonerem piłkarskiej reprezentacji Polski. Szef związku nie unika mediów, co kilka dni możemy przeczytać lub usłyszeć z nim wywiad. Prezes przekonuje, że wciąż trwają spotkania z różnymi kandydatami, ale czuję, że decyzja została już podjęta.

Każdego dnia z różnych stron słyszymy kolejne i coraz to nowe nazwiska kandydatów. Do tej pory padło już ich tyle, że ze zdjęć tych rzekomych kandydatów można by zrobić kalendarz na cały rok - w każdym miesiącu inna postać. A gdyby ten proces potrwał jeszcze z miesiąc, to zdjęć starczyłoby na każdy dzień roku. Każdego dnia zmienia się też w mediach pozycja kandydatów, którzy są najczęściej wymieniani, jak Adam Nawałka, Czesław Michniewicz, Jan Urban, czy Michał Probierz. W środę Nawałka z listy spada, ale dwa dni później dowiadujemy się, że już dzwoni do swoich potencjalnych asystentów i współpracowników. Kilka dni temu głównym faworytem był Fabio Cannavaro, ale za chwilę okazuje się, że to jednak nie Włoch i generalnie odpada jakakolwiek opcja zagraniczna.

Reklama

Ale od dwóch czy trzech dni w przestrzeni medialnej krąży nazwisko Szwajcara Marcela Kollera, który do współpracy miałby dostać jakiegoś polskiego szkoleniowca, najlepiej niemieckojęzycznego. I miałby nim być Michał Probierz. Trudno mi uwierzyć, żeby 50-letni polski szkoleniowiec, który pracuje w tym zawodzie już prawie 20 lat, z czego kilkanaście w najwyższej klasie rozgrywkowej w naszym kraju i który deklarował niedawno, że czuje się wypalony i potrzebuje odpoczynku, zgodził się na bycie asystentem, nawet jeśli mówimy o drużynie narodowej. Intuicja i logika podpowiada mi zaś, że Cezary Kulesza skłania się do tego, żeby to Michał Probierz został nie asystentem, a selekcjonerem. Z całego grona polskich szkoleniowców jest to trener, którego obecny prezes PZPN zna najlepiej. Dwa razy zatrudniał go w Jagiellonii i trzeba przyznać, że były to najlepsze lata zarówno w historii klubu z Białegostoku, jak i Michała Probierza. Jaga przez kilka sezonów nie tylko liczyła się w walce o mistrzowski tytuł, ale też sięgnęła po Puchar i Superpuchar Polski. Te dwa pucharowe trofea mogą być w opinii Cezarego Kuleszy atutem i przemawiać za wyborem tego trenera. Niedawny zwrot akcji w Niecieczy też mógł być związany z propozycją PZPN.


CZYTAJ TAKŻE: Adam Nawałka to faworyt piłkarzy. Oni zdecydują?

Michał Probierz ma jednak wiele do udowodnienia. Czy obecnie poradziłby sobie w roli selekcjonera, jak również trenera któregoś z silniejszych (przynajmniej pod względem możliwości) klubów? Jego pracę zarówno w Wiśle, jak  i w Lechii nie można uznać za sukces. Po ponad trzech latach spędzonych w Cracovii, gdzie miał pracować nad długoterminowym projektem i stworzyć drużynę liczącą się w Polsce w walce o mistrzostwo, nic wielkiego nie udało się zrealizować. Ktoś powie: przecież zdobył kolejny Puchar Polski! Ale popatrzmy jak wyglądała budowa tego projektu i na jakich zawodnikach ją opierał... Można zażartować, że w roli selekcjonera miałby nie większe rozeznanie wśród polskich piłkarzy, niż Paulo Sousa, bo przecież w Krakowie pracował prawie z samymi obcokrajowcami. I - umówmy się - z obcokrajowcami z niezbyt wysokiej półki.

Ale zostawmy Michała Probierza, zwłaszcza że nie ma pewności, że to on selekcjonerem zostanie. Zastanawiające jest to jak wyglądają rozmowy Cezarego Kuleszy z kandydatami i dlaczego tak to wszystko długo trwa. Jeśli zwycięży opcja krajowa, to nie sądzę, że chodzi o poznanie filozofii gry kandydata, bo jaki styl każdy z nich prezentuje, to już  wiadomo  - i to nie na podstawie rozmowy, a drużyn które prowadzili. Zrozumiem ten przeciągający się proces, jeśli od jakiegoś czasu prezes PZPN negocjuje warunki kontraktu z kandydatem, na którego się już zdecydował. To znaczyłoby, że Cezary Kulesza wyciągnął wnioski z błędów poprzednika i chociaż dostał zgodę, by decydować o tym sam (tak, jak poprzednik), to nie chce umowy podpisywać na kolanie. Martwi mnie zaś to, że jego współpracownicy ze związku (zarząd), umyli ręce od tej decyzji i scedowali ją na prezesa. To świadczy o sile i merytorycznej pozycji tychże członków zarządu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL