Reklama

Reklama

Co ma Mars do Superligi?

Dwie informacje przykuwały uwagę świata w ostatnim czasie. A przynajmniej ja zwróciłem na nie uwagę i zauważyłem między nimi pewien wspólny mianownik. Chodzi o pierwszy udany lot helikoptera na Marsie oraz nieudaną próbę wyłomu w europejskim futbolu, czyli stworzenie tak zwanej Superligi - pisze dla Interia.pl Dariusz Dziekanowski.

Choć wyniki obu eksperymentów są całkiem różne - jeden zakończył się sukcesem, drugi porażką - to w przyszłości bez wątpienia możemy spodziewać się zarówno kolejnych eksperymentów na Marsie, jak i dalszych prób przejęcia władzy przez europejskie piłkarskie potęgi klubowe. To że projekt praktycznie upadł już po dwóch dniach od jego ogłoszenia, wcale nie oznacza, że był to jakiś niekontrolowany i nieprzygotowany wygłup. To był sygnał, że te najpotężniejsze europejskie kluby nie są zadowolone z podziału zysków w obecnych rozgrywkach i z pewnością nie spoczną w wysiłkach, by w najbliższych latach urwać jak najwięcej z tego tłustego tortu. Pewnie twórcy projektu nie spodziewali się tak ostrej reakcji ze strony fanów. Sprecyzujmy - fanów tych klubów, które miały zamiar uczestniczyć w tym projekcie. Bo jeśli ktoś spodziewał się jakiejkolwiek reakcji ze strony kibiców polskich drużyn, to był to ktoś niespełna rozumu.

Reklama

Polskie kluby wykluczone

I tu dochodzimy do sedna: co niedoszła Super League ma wspólnego z eksperymentami na Marsie. Otóż z naszego punktu widzenia ma wspólnego wiele: oba ta niezwykle głośne światowe wydarzenia polski widz/kibic ogląda w telewizji z równie mocnym poczucie wykluczenia. Patrzymy na oba eksperymenty i mamy poczucie jak bardzo jedno i drugie nas nie dotyczy, jak bardzo nam do tego daleko, jak na jedno i drugie nie mamy żadnego wpływu. Dla naszych krajowych drużyn od kilku lat kosmosem jest Champions League, a co dopiero jakaś Super League. Może nawet powstanie ligi najbogatszych byłoby dla nas korzystne, bo zwolniłyby się miejsca w Lidze Mistrzów? Może temu projektowi powinniśmy kibicować. Niemniej jednak obie historie dzieją się gdzieś wysoko nad naszymi głowami, oglądamy je z poczuciem, że to jakaś fantazja, science fiction. I to jest niestety smutna refleksja, ale niestety na tę pozycję mocno pracujemy od wielu lat - nikt się z nami nie liczy, nie liczy się nasz głos, to jest dla nas wirtualna rzeczywistość. 

 Jednocześnie niektórym ludziom działających w naszej piłce nie brakuje fantazji, niektórym wydaje się, że elita piłkarska jest na wyciągnięcie ręki. W ostatnim czasie w mediach pojawiła się informacja na temat ambicji właściciela Polonii Warszawa, Gregoir'e Nitota. Francuz podpisał się niedawno pod deklaracją, że klub jest gotowy wyłożyć 300 mln zł na budowę nowego stadionu (którego koszt miałby wynieść 400 mln zł). To rzeczywiście byłaby sensacja na skalę europejską: czwartoligowy klub, który nie ma już w tym roku szans nawet na awans o szczebel wyżej, mógłby się pochwalić tak okazałym obiektem. 

Wiele obiecywaliśmy sobie po budowie stadionów przez rozgrywanymi w Polsce i na Ukrainie mistrzostwami Europy w 2012 roku. Stadiony są, ale niestety przez te prawie 10 lat żaden z użytkowników tych stadionów nie potrafi ich wypełnić. Już nie mówię, że w całości, ale żeby chociaż zajęta była połowa krzesełek. Oczywiście mówię o czasach przed pandemią, bo teraz stadiony stoją puste, ale nie widzę perspektyw, żeby to się zmieniło w najbliższym czasie. Zacznijmy może budowę od położenia solidnych fundamentów, a nie od stawiania dachu.

Wracając do porównania polskiej piłki z Marsem, to niestety mam wrażenie, graniczące z pewnością, że prędzej Elon Musk rozpocznie swój projekt komercyjnych lotów wycieczkowych na Czerwoną Planetę i będzie miał pełne obłożenie, niż my regularnie będziemy oglądać mecze ekstraklasy przy pełnych trybunach.



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy