Reklama

Reklama

Brexit "Grosika"?!

Kiedyś były reprezentant Polski Jakub Wawrzyniak powiedział takie zdanie, że do gry w drużynie narodowej na lewej obronie rywalizuje z zawodnikiem, który nie istnieje. Dziś - parafrazując słowa Wawrzyniaka można powiedzieć, że w tegorocznym zimowym oknie transferowym kibice i dziennikarze żyli transferem, który nie zaistniał, do którego nie doszło - pisze w swoim cyklu "Piłkarska katedra Dziekana" ekspert Interii Dariusz Dziekanowski.

To znaczy istniał, ale wygląda na to, że to tylko w wyobraźni tychże dziennikarzy i kibiców. Chodzi oczywiście o Kamila Grosickiego. I niestety nie jest to już ani trochę zabawne, tak jak było do niedawna. O ile jeszcze trzy, dwa lata czy nawet rok temu reprezentant Polski wzbudzał emocje, a jednocześnie dostarczał pewnego rodzaju rozrywki swoimi negocjacjami transferowymi "last minute", tak dziś wzbudza to co najwyżej uśmiech politowania. Kilka tygodni przed rozpoczęciem eliminacji, a kilka miesięcy przed mistrzostwami Europy (jeśli założymy optymistycznie, że odbędą się zgodnie z planem) "Grosik" skazał się na piłkarski niebyt. Co prawda rezerwy West Bromwich, to nie jest Wieczysta Kraków, ale bez wątpienia Paulo Sousa nie zamierza jechać ani wysyłać nikogo ze swojego sztabu, żeby sprawdzać formę jednego z najważniejszych (do niedawna) piłkarzy naszej narodowej drużyny.

Reklama

Mówiło się o Pogoni Szczecin, co wydawało się abstrakcją. Podobnie zresztą jak historie o jego powrocie do Jagiellonii. Najpoważniejszym z kandydatów z naszej ligi, który mógłby w jakimś większym stopniu spełnić wymagania finansowe Grosickiego była Legia, choć i to trzeba było rozpatrywać w kategorii marzenia ściętej głowy. Jestem w stanie zrozumieć, że był on poza zasięgiem klubów ekstraklasy, nawet gdyby te trzy kluby zrzuciły się na jego zarobki, ale nie wiem dlaczego nie znalazł opcji wypożyczenia gdzieś choćby na zapleczu Premier League. Wygląda na to, że występy w reprezentacji Polski - drużyny w której Kamil zrobił największą karierę - niestety się oddaliły. Wczoraj ogłosił na wszystkich portalach społecznościowych, że to była jedna z najważniejszych decyzji w jego karierze, ale zostaje i będzie walczył o pierwszy skład, o grę w Premier League i reprezentacji Polski. Że sytuacja nie jest łatwa, ale "ja nigdy nie pękam i się nie poddaję".

Życzę Kamilowi powodzenia, życzę mu, żeby upór i determinacja, którą deklaruje pomogły mu w osiągnięciu celu. Zasłużył na to, żeby w karierze klubowej osiągnąć więcej, ale dziś nie rozumiem do końca czym się kierował - oprócz zarobków - decydując się na taki krok. Nie przekonał do siebie Slavena Bilicia, nie przekonał do tej pory Samy'ego Allardyce'a, więc jakie są podstawy, żeby wierzyć, że uda mu się przebić do kadry i pograć w Premier League. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to fakt, że do czerwca będzie zarabiał bardzo duże pieniądze, a latem, będzie wolnym zawodnikiem.

Czy można mieć o to żal do niego, czy kibice mają prawo czuć się rozczarowani i zawiedzeni? Patrząc na dotychczasowe jego losy w reprezentacji, to tak. Bo Grosicki jest pewnego rodzaju ewenementem. Można wymienić wielu bardzo dobrych piłkarzy, którzy błyszczeli w klubach, nawet tych zagranicznych, ale gdy przyjeżdżali grać dla reprezentacji, nie potrafili się odnaleźć. Jeśli spojrzymy na karierę Grosika, to w jego przypadku kadra była miejscem, w którym odnajdywał się najlepiej. To w niej prezentował pełnię możliwości, to dla niej zostawiał serce. Dlatego w tym miejscu zgodzę się z prezesem PZPN Zbigniewem Bońkiem, który powiedział: "Kamil nie gra i to mnie smuci, bo w ten sposób oddala się od projektu kadra 2020/21". Chciałbym, żeby te prognozy okazały się błędne.

Dowiedz się więcej na temat: Dariusz Dziekanowski | Kamil Grosicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje