Reklama

Reklama

AMP (ambicja, miłość, poświęcenie) do gry w piłkę

Duże wrażenie zrobił na mnie dokumentalny film o naszej reprezentacji narodowej w amp futbolu, pod tytułem "Urodzeni zwycięzcy". W trakcie oglądania trudno mi było pozbyć się refleksji, że czasem nie doceniamy szczęścia, która trafiło nam się w życiu.

Na co dzień przyzwyczajamy się do pewnych dobrych rzeczy i przestajemy je dostrzegać, przestajemy je doceniać i nad nimi pracować. Dokument w reżyserii Michała Kaweckiego pokazuje, że nie możemy rezygnować z marzeń nawet gdy przytrafi nam się w życiu nieszczęście, czy pojawiają się - wydawałoby się nie do pokonania - przeszkody, takie, z którymi mierzyć muszą się zawodnicy uprawiający amp futbol. 

Droga do tych marzeń staje się trudniejsza, bo najpierw trzeba pokonać wiele trudności, stoczyć walkę z samym sobą, ale determinacja, praca i wytrwałość prowadzą do sukcesu. Zanim ci zawodnicy doszli tam, gdzie dziś są, musieli uwierzyć, przekonać samych siebie, że jest to możliwe i że się da. Musieli zaakceptować niedogodności, z którymi się mierzą każdego dnia i nauczyć się grać w piłkę. 

Reklama

Przystępowali więc do realizacji swoich marzeń niejako z poziomu minus 1 w porównaniu choćby z ich kolegami z pierwszej reprezentacji piłkarskiej.

Polska - Walia w Lidze Narodów. Kolejny dzień w biurze?

Tak się złożyło, że obejrzałem ten dokument dzień po występie podopiecznych Czesława Michniewicza z Walią w ramach Ligi Narodów, więc siłą rzeczy nasuwały mi się pewne analogie. Generalnie, środowe spotkanie nie rzuciło na kolana. Zagraliśmy prawie najsilniejszym składem przeciwko rezerwom rywali i niestety, oglądając ten mecz miałem poczucie, że kilku naszych zawodników uczestnictwo w zgrupowaniach i występy w biało-czerwonych barwach traktuje, jako dzień powszedni. Ot, kolejny, niezbyt ekscytujący dzień w biurze. 

Stąd zapewne bierze się moje odczucie, że od jakiegoś czasu stoimy w miejscu.

Najbardziej było to widoczne w środku boiska, gdzie teoretycznie talentu i doświadczenia nie brakuje. Niestety, w rozegraniu brakowało  dynamiki, kreatywności, iskry, przyspieszenia. Piotr Zieliński i Grzegorz Krychowiak nie pokazali nic specjalnego ani w defensywie, ani w ofensywie. Niewiele wniósł uchodzący za potrafiącego grać niekonwencjonalnie Mateusz Klich

Zdaję sobie sprawę, że nie szczędzę krytycznych słów tym zawodnikom już nie po raz pierwszy, ale po prostu uważam, że jest to element w naszej grze, gdzie najbardziej rozjeżdżają się teoretyczne możliwości piłkarzy z praktyką. Środek boiska, to taki silnik drużyny, gdyż to właśnie tam zachodzą wszelkie procesy, które decydują o tym, czy samochód będzie jechał dynamicznie, ale płynnie, czy będzie się dławił i się krztusił.

Od jakiegoś czasu, coraz bardziej skłaniam się ku opinii, że tutaj najbardziej przydałaby się świeża krew, jakiś impuls. Taki, jak dał w drugiej połowie Jakub Kamiński.

Dobrze się stało, że to rezerwowi (oprócz Jakuba Kamińskiego, również Karol Świderski) rozruszali naszą grę i dali wygraną, bo jest to wyraźny sygnał, że pora postawić na inne, świeższe rozwiązania. Dobrze, że Kamińskiemu wyszedł taki mecz, bo wiemy, że w czasie kadencji Paulo Sousy mógł się nabawić lekkiej traumy, kiedy spalił się psychicznie w meczu z San Marino. 

Talent musi się jednak obronić i tutaj mieliśmy tego dowód. Przy okazji obaj zawodnicy pokazali głód piłki i entuzjazm. Byli zdeterminowani, żeby przed widownią we Wrocławiu pokazać się z najlepszej strony. Szkoda tylko, że niewielu ich kolegów, którzy byli na boisku od początku spotkania, można pochwalić za to samo.

Podejrzewam, że niektórzy myślą, że postarają się w meczach z bardziej renomowanymi zespołami, czyli Belgią i Holandią. Też mam taką nadzieję, ale jednocześnie uważam, że występ przeciwko każdemu rywalowi powinien być traktowany jako próba pokonania własnych słabości - tak, jak na każdym treningu, ale też zapewne w codziennym życiu, muszą pokonywać je piłkarze amp futbolu.

ZOBACZ TAKŻE:

 

Reklama

Reklama

Reklama