Reklama

Reklama

Sensacja w pierwszym meczu finałowym PlusLigi

- Murowany faworyt przegrał pierwszą potyczkę, ale w sporcie tak już jest, że największe sukcesy rodzą się w bólach – pisze w felietonie dla Interii były znakomity siatkarz, a obecnie komentator Polsatu Sport Daniel Pliński.

Zanim o pierwszym spotkaniu o złoto, kilka zdań o pojedynku o brązowy medal. W tym meczu zmierzyły się ze sobą PGE Skra Bełchatów z Vervą Warszawa Orlen Paliwa. Zespół z Bełchatowa musiał sobie radzić bez dwóch przyjmujących, którzy są kontuzjowani. Do nieobecnego od kilku tygodni Milana Katicia dołączył Taylor Sander. Amerykanin to jeden z największych pechowców tego sezonu. W półfinale przeciwko Grupie Azoty ZAKS-ie Kędzierzyn-Koźle doznał urazu stawu skokowego i tego wybitnego gracza już nie zobaczymy na boisku w tym sezonie PlusLigi.

Talent nie zawiódł

W takiej sytuacji trener Skry Michał Mieszko Gogol nie miał innego wyjścia - musiał w wyjściowym składzie postawić na młodego Mikołaja Sawickiego. Trzeba zwrócić uwagę na to, że ten bez wątpienia utalentowany gracz nie zawiódł w tak ważnym meczu. Sawicki był bardzo skuteczny na siatce, większość piłek, które kierował do niego Grzegorz Łomacz zamienił na punkt. Wydaje się jednak, że Mieszko Gogol może być bardziej zadowolony z przyjęcia zagrywki w wykonaniu tego siatkarza. 22-latek przyjmował najwięcej w swoim zespole i wywiązał się z tego zadania znakomicie. Ktoś powie, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale mam wrażenie, że trener Mieszko Gogol mógł częściej korzystać z usług Sawickiego w trakcie sezonu, tym bardziej, że nie zawsze dyspozycja "szóstkowych" przyjmujących Skry była dobra. Jedno jest pewne - ten młody chłopak pokazał, że ma duży potencjał.

Reklama

Wracając do meczu... Pojedynek był bardzo nerwowy i nierówny z obu stron. Drużyny mocno falowały ze swoją dyspozycją. Zespół, który wygrywał swoje sety, "odskakiwał" na początku na kilka punktów i przewagę "dowoził" do końca. Można powiedzieć, że emocje zaczęły się dopiero w tie-breaku przy stanie 13:10 dla Skry. Wszystko wskazywało na to, że to gospodarze wyjdą zwycięsko z tego starcia. Nic z tego. Na zagrywkę w Vervie powędrował Bartosz Kwolek i doprowadził do remisu 13:13. Od tego momentu oglądaliśmy walkę punkt za punkt, ale decydujący cios zadał nie kto inny, jak Bartosz Kwolek. As serwisowy reprezentanta Polski przechylił szalę zwycięstwa na stronę stołecznej ekipy.

Fortuna sprzyja Vervie

Verva w play-offie ma niesamowite szczęście. Pamiętamy sytuację z pojedynku z Treflem, kiedy piłka po zagrywce Michała Kozłowskiego zahaczyła o taśmę i wpadła w pierwsze centymetry boiska rywali. Identycznie było w środę w Bełchatowie z tą różnicą, że takim asem popisał się Kwolek. Czy ten przepis należy zmienić i powinno się wrócić do tzw. netu i powtórki zagrywki? To trochę przypomina dyskusję o spalonym w piłce nożnej. Opinie na ten temat są różne. Moim zdaniem trzeba zrobić wszystko podczas seta, meczu, żeby taka piłka nie decydowała o tym, kto wygra, a kto przegra.

Po pierwszym meczu bliżej brązowego medalu jest Verva i wszystko wskazuje na to, że ta rywalizacja zakończy się w dwóch meczach.

Zmienione reguły

Wielki finał... Przede wszystkim należy żałować, że play-offu nie gramy do trzech zwycięstw. Taka rywalizacja pozwoliłaby zminimalizować przypadkowość. Oczywiście plany takie były, ale na potrzeby reprezentacji zostało to zmienione. Nie mnie oceniać, czy to dobre, czy złe rozwiązanie, ale jedno jest pewne - reguły gry zostały zmienione w trakcie rozgrywek.

Oglądając początek batalii o złoto, rzucała się w oczy wiara siatkarzy ZAKS-y we własne możliwości i umiejętności, a po drugiej strony widzieliśmy sporo nerwowości. Kędzierzynianie zagrali pierwszego seta twardo i mądrze, pokazując przeciwnikowi, że w finale czeka go ciężki bój. Od pierwszej piłki było widać ogień w oczach u gospodarzy. Inauguracyjny set wygrany gładko przez podopiecznych Nikoli Grbicia. Do połowy drugiego seta wszystko wyglądało podobnie. Gospodarze cały czas prezentowali wysoki poziom. Jastrzębianie natomiast szukali swojego rytmu.

Gardini wyciągnął dżokera

W pewnym momencie trener Andrea Gardini zagrał va banque. Postawił na swojego dżokera Jakuba Buckiego. To właśnie on pokazał kolegom z drużyny, że ZAKS-ę można "ugryźć". Bucki grał na dużym ryzyku i trzeba też podkreślić, że fortuna mu sprzyjała. "Pociągnął" zespół i role zaczynały się powoli odwracać. Od trzeciego seta, to jastrzębianie rządzili i dzielili na boisku i w ogólnym rozrachunku wygrali 3:1. Jak dla mnie jest to wielka sensacja! Murowany faworyt przegrał pierwszą potyczkę, ale w sporcie tak już jest, że największe sukcesy rodzą się w bólach. Dla mnie nadal ZAKSA jest faworytem wielkiego finału. Oczywiście brawa i ukłony dla Jastrzębskiego Węgla za zwycięstwo, wiarę w to, że można kędzierzyński walec ograć. Dzięki temu czekają nas niesamowite emocje w drugim spotkaniu.

Jeszcze jedna informacja i wiadomość ode mnie. Dla ZAKS-y to na pewno dobre wieści, ale dla Jastrzębskiego Węgla niekoniecznie. Mianowicie chodzi o Aleksandra Śliwkę. Znam Olka bardzo dobrze i wiem, jaki to ambitny zawodnik. Zdaję sobie, co dzieje się teraz w jego głowie. Gdyby mógł, to wyszedłby na boisko jeszcze dziś. Jestem święcie przekonany, że Olek już tak słabego meczu nie zagra. Zrobi wszystko, żeby zmazać plamę i wrócić na decydujące spotkanie w Kędzierzynie-Koźlu.

Daniel Pliński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje