Reklama

Reklama

​Bundesliga zaskakuje. Bayern nie bez szans w Lidze Mistrzów, ale faworytem PSG

Bundesliga jak zwykle zaskakuje. Karuzela trenerska kręci się coraz szybciej, a Borussia Moenchengladbach bije transferowy rekord, pozyskując Adiego Huettera. Z kolei Bayern Monachium szykuje się do arcyważnego pojedynku z PSG w Lidze Mistrzów - pisze w swoim felietonie dla Interii Artur Wichniarek, ekspert Polsatu Sport.

Reklama

Bundesliga jak zwykle zaskakuje. Dzieje się dużo nowych rzeczy - najważniejszą informacją jest fakt, że Borussia Moenchengladbach znalazła następcę trenera Marco Rosego. Będzie to trenerski rekord transferowy w Bundeslidze, bo suma odstępnego w umowie Adiego Huettera opiewa aż na 7,5 mln euro. Tyle Gladbach będzie kosztowało "wyciągnięcie" go z Eintrachtu Frankfurt. To bardzo duża kwota - większa, niż suma, jaką Dortmund musiał zapłacić właśnie za Marco Rosego. Było to 5 mln euro.

Reklama

Karuzela transferowa dotychczas kręci się bardziej wokół trenerów, niż zawodników. Z 1. FC Koeln zwolniony został Markus Gisdol, którego zastąpił Friedhelm Funkel. Wcześniej mieliśmy dwie zmiany trenerów w Schalke. Zobaczymy, jakie przyniesie to efekty.

Na boiskach też jest ciekawie - Bayern Monachium zgubił punkty w meczu z Unionem Berlin, który coraz odważniej zgłasza akces do europejskich rozgrywek. Byłaby to największa niespodzianka od czasów Kaiserslautern, które wywalczyło mistrzostwo Niemiec tuż po awansie z 2. Bundesligi. Union przez wielu był skazywany na spadek z Bundesligi, a na tyle ustabilizował swoją formę i potrafi wykorzystać słabość rywala, że wciąż jest w grze o nowo powstałą Conference League. Duża w tym zasługa trenera Ursa Fischera, który już jest przymierzany do Eintrachtu Frankfurt, co pozwala wierzyć, że karuzela trenerska nie przestanie się kręcić.

Bayern stracił punkty, bo Hansi Flick był zmuszony wystawić nawet nie drugi, a trzeci i czwarty garnitur. Na boisku pojawili się zawodnicy, dotychczas grający jedynie w drugim zespole - jak Josip Stanisic czy Tiago Dantas. Flick chciał oszczędzić piłkarzy przed meczem z PSG, a dodatkowo jego piłkarze zmagają się z kontuzjami - jak Goretzka i Suele. Patrząc na to, jak słabo wyglądała ławka Bayernu już w pierwszym meczu z paryżanami, Flick musiał podjąć ryzyko i strata punktów z Unionem była w pewien sposób wkalkulowana w koszty. Pięć punktów przewagi nad RB Lipsk to wciąż komfortowa przewaga. Zwłaszcza że do treningu biegowego wrócił już Robert Lewandowski i być może będzie gotowy na sobotni mecz z Wolfsburgiem. Dla Roberta przyszły tydzień będzie kluczowy - Bayern gra co trzy dni, a on będzie chciał pobić rekord Gerda Muellera.

Sytuacja w górze tabeli jest ustabilizowana. W dole - udało się wygrać Schalke i obudzić delikatną nadzieję na doścignięcia miejsca barażowego, do którego brakuje jednak aż 13 punktów. Niespodziewanie dużą przysługę uczynił Schalke Rafał Gikiewicz. Dotychczas grał rewelacyjny sezon, jest drugim bramkarzem pod względem not "Kickera". Tym razem przydarzył mu się pierwszy błąd w sezonie, ale jakże brzemienny w skutkach. Cieszy za to, że po raz kolejny w wyjściowym składzie Augsburga zagrał Robert Gumny - co prawda, nie na swojej ulubionej pozycji prawego obrońcy, a na lewej stronie. Najważniejsze, że młody reprezentant Polski zbiera kolejne minuty i doświadczenie w mocnej lidze.

Bayern nie bez szans, ale faworytem PSG

Bayern wciąż zachowuje szanse na awans do półfinału Ligi Mistrzów, ale po pierwszym meczu zdecydowanym faworytem jest PSG. Strzelając trzy gole na Allianz Arena taka rola należy mu się z automatu. W Bayernie nadzieja jednak nie umiera i to z kilku powodów. Po pierwsze - Manuel Neuer nigdy nie gra dwóch tak słabych meczów z rzędu, a domowe spotkanie było jednym z najsłabszych w jego wykonaniu. Przyczynił się do utraty pierwszej bramki, lecz w Paryżu ma być ostoją, tak jak w zeszłorocznym finale LM. Wówczas Bayern pokonał PSG 1-0 - tym razem taki wynik nie zagwarantuje Bayernowi awansu, bo musi pokonać rywala różnicą przynajmniej dwóch bramek. Thomas Mueller z kolei powiedział, że jeśli Bayern stworzy sobie tyle sytuacji, co na Allianz - będzie w stanie taką różnicą wygrać.

Pozytywną informacją jest powrót do pełnych treningów Leona Goretzki. Wrócił również Lucas Hernandez, ale w dalszym ciągu nie ma Roberta Lewandowskiego. Nie ma też Serge’a Gnabry’ego, który cały czas jest w kwarantannie. Opuścili ją za to już gracze PSG - Marco Veratti i Alessandro Florenzi. Obaj będą brani pod uwagę przy ustalaniu składu. Pochettino będzie mógł także skorzystać z Leandro Paredesa, wracającego po zawieszeniu za kartki. Sytuacja kadrowa paryżan jest więc lepsza od tej Bayernu.

Hansi Flick od pierwszego dnia przekazywał zawodnikom swoją filozofię - gry ofensywnej, ładnej dla oka, dążenia do zdobywania bramek. Bawarczycy mają jednak w tym sezonie problem, bo tracą także mnóstwo goli. Bilans straconych bramek na koniec sezonu będzie nieco zawstydzający, najwyższy od lat. Myślę jednak, że analiza meczu z PSG była niezbędna. Spodziewam się, że Joshua Kimmich dostanie w rewanżu więcej zadań defensywnych. To właśnie nadmierna ofensywna gra Kimmicha w pierwszym spotkaniu była problemem Bayernu. Z tego powodu w ustawieniu Bawarczyków tworzyła się dziura, której nie potrafił załatać David Alaba.

Mauricio Pochettino stwierdził, że we wtorek zmierzy się z najlepszą drużyną na świecie. Jego zespół pokazał jednak, jak potrafi być groźny. Zwłaszcza, gdy bardzo dobrze dysponowani są Neymar i Kylian Mbappe. Minusem dla PSG będzie brak kontuzjowanego Marquinhosa - podpory defensywy. To nadzieja dla Bayernu, bo defensywa PSG bez Marquinhosa nie jest takim monolitem. Problemy ma także Keylor Navas, zmieniony w trakcie ostatniego ligowego spotkania. On - obok Neymara i Mbappe - był najlepszym zawodnikiem w pierwszym starciu z Bayernem.

W drugim wtorkowym meczu FC Porto zmierzy się na wyjeździe z Chelsea. Patrząc na to, jak doskonale dysponowani są gospodarze za kadencji Thomasa Tuchela - oprócz jednej wpadki z WBA (kiedy przegrali 2-5) - nie widzę większych szans dla Portugalczyków. Sam trener Porto Sergio Conceicao przed meczem zaznacza jednak, że w futbolu wszystko jest możliwe, a jego zespół będzie walczył, dopóki będzie jakakolwiek szansa.

Pewne problemy z wygrywaniem ćwierćfinałowych spotkań LM ma Pep Guardiola. Co prawda Manchester City wygrał w pierwszym meczu 2-1 z Borussią Dortmund, ale to spotkanie nie ułożyło się po myśli hiszpańskiego trenera. Dowód temu, że z zespołem Guardioli można powalczyć dało choćby Leeds, którego pokonało Man City w starciu ligowym. Borussia także miała trudne ligowe przetarcie ze Stuttgartem. Wygrała na wyjeździe 3-2, a trzeba przypomnieć, że pierwsze spotkanie zakończyło się wstydliwą klęską 1-5, co w konsekwencji doprowadziło do zwolnienia trenera Luciena Favre’a.

Borussia jest obecnie na lekkiej fali wznoszącej. Zwłaszcza, że ma w swoich szeregach niezwykle zmotywowanego Erlinga Haalanda. Rzadko zdarza się, by ten piłkarz kończył mecz bez gola, a tak było w pierwszym spotkaniu na Etihad Stadium. Kto wie, czy jego gol w rewanżu nie zapewni awansu BVB.

Gdy oglądałem El Clasico byłem zachwycony, jak Real Madryt przygotował się taktycznie na przyjęcie Barcelony. "Duma Katalonii" nie potrafiła wyciągnąć wniosków i cały czas grała podobnie, a Real wychodził z kontratakami, takimi jak choćby przy bramce Benzemy na 1-0. Podobny scenariusz widzę w meczu na Anfield - wynik 3-1 z pierwszego spotkania sprowokuje Real, by wciągnąć Liverpool na własną połowę. Zwłaszcza, że "The Reds" w tym sezonie mają problem ze strzelaniem goli po ataku pozycyjnym - czego efektem była seria ośmiu domowych meczów bez wygranej. Co prawda, ostatnio Liverpool wygrał ligowe spotkanie 2-1 z Aston Villą, lecz w tym spotkaniu także się męczył. Wygraną zapewniła mu dopiero bramka Trenta Alexandra-Arnolda w końcówce spotkania.

Rezultat pierwszego spotkania nie daje większych szans Liverpoolowi, ale gdy przypomnimy sobie, że Barcelona przed dwoma laty potrafiła wygrać u siebie 3-0 właśnie z Liverpoolem, by potem przegrać na wyjeździe 0-4 i odpaść rozgrywek, widzimy, że futbol pisze swoje scenariusze. A Liverpool przyzwyczaił już kibiców, że gra do końca i potrafi odwracać losy "przegranych" spotkań. Jak choćby finał LM z 2005 roku, gdy z Jerzym Dudkiem w składzie przegrywał do przerwy z AC Milan 0-3, a potrafił się podnieść. Zapowiada się więc ekscytujące spotkanie. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje