Reklama

Reklama

Lekkoatletyka. Marcin Chabowski: Mój wynik nie jest dla mnie zaskoczeniem

Uzyskanie maratońskiej przepustki olimpijskiej było w sferze marzeń niemałej garstki polskich biegaczy. Ostatnia niedziela przyniosła nam prawdziwy wysyp fenomenalnych wyników. Najlepszym z nich jest rezultat Marcina Chabowskiego, który podczas NN Mission Marathon w holenderskim Enschede wbiegł na metę z rezultatem 2:10.17. Maratończyk w rozmowie z Interią opowiedział o walce o bilet do Tokio, ocenił starty swoich koleżanek i kolegów, a także zdradził, czy liczy na poprawę rekordu życiowego.

Do minionej niedzieli lista polskich zawodników z prawem startu na igrzyskach olimpijskich w maratonie była krótka i kończyła się na jednym nazwisku - Karolina Nadolska. Teraz wyników lepszych niż minimum wymagane w Tokio, jest więcej niż trzy miejsca dla kobiet i mężczyzn, którzy znajdą się w reprezentacji olimpijskiej.

Najpierw w NN Mission Marathon w holenderskim Enschede prawo startu zagwarantowali sobie Marcin Chabowski (2:10.17) i Adam Nowicki (2:10.21). W odbywających się niemal w tym samym czasie mistrzostwach Polski w Dębnie rewelacyjnie spisały się panie. Aleksandra Lisowska wyrównała rekord Polski (2:26.08), a z minimum cieszyły się też Angelika Mach (2:27.48) oraz Izabela Paszkiewicz (2:28.12). Tytuł mistrzowski zagwarantował sobie z kolei Arkadiusz Gardzielewski (2:10.31). Tuż za nim uplasowali się Kamil Karbowiak (2:10.35) oraz Krystian Zalewski (2:10.58). Warto dodać, że wszystkie rezultaty czołowej trójki mistrzostw kraju są wynikami życiowymi całej szóstki maratończyków.

Reklama

Po pełnych emocji maratonach głos dla Interii zabrał Marcin Chabowski. Zawodnik, który do niedawna odbijał się od jednej kontuzji do drugiej, jeszcze rok temu myślał, że temat igrzysk w Tokio jest już dla niego zamknięty. Teraz potwierdził, że grubo się mylił.

Aleksandra Bazułka, Interia: Pana start w NN Mission Marathon śledziło w minioną niedzielę wielu Polaków - nie tylko entuzjastów biegania. Wszyscy widzieliśmy radość na mecie, kiedy wraz z Adamem Nowickim wiedzieliście, że minimum jest już w waszych kieszeniach. To chyba największa nagroda za przeszkody, które pana spotykały?

Marcin Chabowski: - Trzeba zaznaczyć, że przeniesienie igrzysk na następny rok, a także cała sytuacja związana z pandemią przyniosła każdemu sportowcowi, niezależnie od dyscypliny, dużą satysfakcję, jeśli dowiedział się, że wywalczył upragnioną kwalifikację na igrzyska. Emocje były bardzo duże. W naszym przypadku pokazaliśmy je razem z kolegą (Adam Nowicki - przyp. red.) tuż po wbiegnięciu na metę. Maraton jest tak dużym wysiłkiem, że człowiek tuż po jego zakończeniu daje upust swoim emocjom. Z jednej strony na mecie byłem szczęśliwy, że już ukończyłem maraton i to jeszcze w dobrym czasie, a w dodatku, że wynik ten daje przepustkę do Tokio. Cieszyłem się, że historia zatoczyła koło i ponownie mam szansę wystąpić na igrzyskach.

Przed maratonem mówił pan o swoich odczuciach oraz o tym, co musi złożyć się na powodzenie podczas startu. Dla pana taki rezultat jest zaskoczeniem?

- Wynik nie jest dla mnie zaskoczeniem, ponieważ dobrze czułem się na treningach. Niemniej jednak kraj, ukształtowanie terenu i fakt, że biegliśmy po płycie lotniska, mogły nasuwać obawę, że będzie wietrznie. To było dla wszystkich zawodników wielką niewiadomą i stresującą sytuacją. Pierwotnie maraton miał odbyć się w Hamburgu. Nikt nie obawiał się zmiany trasy, ale właśnie zmiennych warunków pogodowych. Dopisało nam jednak szczęście.

Od pana poprzedniego startu trochę minęło. Czy w związku z tym stres był większy niż zazwyczaj przed maratońskimi występami?

- 2020 rok był dla mnie trudny. Nie miałem żadnych startów. Chociaż na treningach czułem się dobrze, jeżeli człowiek nie jest poddawany próbom, nie wie do końca, w jakiej jest formie. Ze względu na brak startów pojawiały się wątpliwości, czy stać mnie na aż taki wynik. Dalej podtrzymuję jednak to, że wynik nie jest dla mnie zaskoczeniem, ale nagrodą za wykonaną pracę.

Niedziela pokazała, że kolejka do igrzysk jest nieco dłuższa, a na liście nagle pojawiło się pięć nazwisk. Nie obawia się pan tego, że ostatecznie może zapaść decyzja, że do Tokio pojadą medaliści mistrzostw Polski z Dębna?

- Byłoby to dla mnie niezrozumiałe, ponieważ zawsze decydowały najlepsze wyniki. Według mnie, zwłaszcza u mężczyzn, sytuacja jest klarowna. Wszyscy zawodnicy osiągnęli minimum tego samego dnia. Każdy z tej piątki mógł wybrać NN Mission Marathon. Na liście startowej był pierwotnie przecież Krystian Zalewski, który pobiegł ostatecznie w Dębnie. Mimo wszystko, jeśli chodzi o wynik, ja nie mam większych obaw, ponieważ jestem w kolejce do Tokio liderem w Polsce.

Obstawiał pan, że maraton w Dębnie będzie aż takim wysypem dobrych wyników?

- Będąc szczerym, wiedziałem, że trasa w Dębnie jest nowa i będzie sprzyjać rekordom życiowym, ale nie spodziewałem się aż tak dobrych wyników wśród koleżanek i kolegów. Maraton to specyficzna konkurencja. Na końcowy wynik musi się złożyć kilka czynników - forma, pogoda, dyspozycja dnia. Warto dodać, że na przepustkę do Tokio była to tak właściwie ostatnia szansa. Czynniki zgrały się jednak zarówno w Holandii, jak i w Polsce. Teraz możemy cieszyć się wysypem tak dobrych wyników.

Wielu obserwatorów w roli faworyta obstawiało debiutującego Krystiana Zalewskiego. On z tej piątki okazał się jednak najsłabszy. Liczył się pan z takimi obrotem sprawy?

- Rzeczywiście Krystian był faworytem do zwycięstwa w Dębnie. Chociażby na podstawie informacji napływających z jego treningów. Maraton to jednak nieprzewidywalna konkurencja. Na treningach może iść wszystko perfekcyjnie, jesteśmy w dobrej dyspozycji, a potem podczas zawodów nie ma tego oczekiwanego wyniku. To też często się zdarza, że zawodnik pobiegnie słabiej, niż się spodziewano. Miałem to gdzieś z tyłu głowy, że tak też się może zdarzyć. Niemniej jednak trzeba przyznać, że Krystian to bardzo dobry zawodnik i talent. Zaliczył bardzo dobry i udany debiut. W przyszłości z pewnością pokaże, że stać go na piękne wyniki.

Wracając na trasę na lotnisku w Enschede, jak pan się czuł podczas biegu? Wszystko poszło tak, jak pan wcześniej założył?

- Przez brak startów, nie miałem pewności. Na początku skupiłem się głównie na tym, aby biec na standard 2:11.30, co jest kwalifikacyjnym wynikiem. Podczas biegu, czując się dobrze, postanowiłem powoli podkręcać tempo. Pierwszy zając zszedł po 21. kilometrze. Pozostałych dwóch musiałem nieco popędzać, aby wywiązywali się z ustalonego tempa. Ostatnie 12 kilometrów przebiegłem zdecydowanie najszybciej podczas całego dystansu. Pobiegłem być może trochę zachowawczo i na samopoczucie. Byłoby mnie stać na lepszy wynik, ale to nie było celem tego dnia. Jeżeli pierwszą połowę zaczynasz wolniej, nie da się nadrobić znacząco wyniku podczas drugiej części biegu. Rezultat blisko rekordu życiowego jest dla mnie satysfakcjonujący. Myślę, że nie mogłem tego rozegrać lepiej, biorąc pod uwagę, że celem była kwalifikacja olimpijska uzyskana bez zbędnego ryzyka.

Do igrzysk pozostało już naprawdę niewiele czasu. Czy w tym okresie planuje pan jeszcze jakieś sprawdziany podczas krótszych startów?

- W mojej ocenie teraz najważniejsze jest wyciszenie głowy, a nie zajmowanie się tym, czy zostanę nominowany lub planowaniem kolejnych startów. Po okresie regeneracji należy rozpisać plan szkoleniowy do igrzysk w porozumieniu z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki i zająć się treningiem. Startów już nie przewiduję, bo czasu do Tokio nie zostało za wiele.

Tym razem do życiówki nie zabrakło wiele. Czuje pan jeszcze możliwość szybszego przebiegnięcia królewskiego dystansu?

- Dwa lata temu po siedmiu latach pobiłem swój rekord życiowy w półmaratonie. To pokazuje, że jest we mnie potencjał na szybkie bieganie. Uważam, że jestem w stanie pobijać swoje rekordy życiowe, ale przy odpowiednim zapleczu szkoleniowo-medycznym. Jeżeli będę miał ku temu warunki, żeby utrzymać w dobrym stanie swoje zdrowie, a także, jeśli będę miał podobne warunki treningowe (trening wysokogórski - przyp. red.), jak moi koledzy z Europy, uważam, że stać mnie jeszcze na bieganie poniżej 2:10. Uważam, że eksperci i trenerzy znający się na bieganiu, potwierdziliby moją opinię, że mogę jeszcze biegać zdecydowanie poniżej 2:10.

Wielokrotnie poruszał pan temat stosunku Polskiego Związku Lekkiej Atletyki do biegów długich. Myśli pan, że po ostatniej niedzieli coś ruszy do przodu i świat maratonu zostanie wreszcie nieco bardziej doceniony?

- Trudno powiedzieć. Każdy z tego grona nieco starszych maratończyków pamięta 2012 rok. Wówczas też pojawiły się dobre wyniki, ale tego potencjału nie wykorzystano. Po tak udanym roku szkolony był wtedy tylko jeden maratończyk. Po igrzyskach w Tokio będą w PZLA nowe wybory. Trudno stwierdzić, jak nowy zarząd ustosunkuje się do naszej konkurencji. Chciałbym zaznaczyć, że lekkoatletyka to nie tylko rzuty i sprinty, ale też skoki i biegi długie. Uważam, że tak jak stół ma cztery nogi, tak warto dbać o każdą konkurencję lekkiej atletyki, a nie tylko o te wybrane.

Pana historia nie jest usłana różami. To opowieść o kontuzjach, licznych przeszkodach i niepowodzeniach. Mógłby pan sporo powiedzieć na temat tego, jak to robić, aby mocno wierzyć w siebie i swoje marzenia. W końcu historia zakończyła się happy endem.

- Zgadzam się z tym, że moja kariera w pewnym sensie jest nacechowana dużą dozą walki i determinacji do realizacji marzeń i celów. Sporo było tego podnoszenia się po porażkach i przerwach po kontuzjach. Trzeba mieć marzenia i pasje. To bardzo pomaga. Jeżeli mamy to w sobie, mimo trudnej drogi, znajdziesz w sobie siłę, aby się nie poddawać. Trzeba skupić się na drodze, a cel jest taką marchewką. Warto wyznaczać sobie realne cele, a dzięki temu, że jest to nasza pasja, wola walki będzie zawsze nieco większa. Trzeba lubić to, co się robi - nie tylko w sporcie. Nawet po porażkach, wtedy łatwiej jest się podnieść.

Rozmawiała: Aleksandra Bazułka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje