Reklama

Reklama

Kosz-tydzień Adama Romańskiego: Jeden dzień

Ileż jeden dzień może zmienić w życiu człowieka, kilku ludzi, albo całkiem dużej społeczności? Ostatnia niedziela zadecydowała o tym, jakie będą najbliższe losy jednego z najważniejszych koszykarskich klubów Polski Anwilu Włocławek - pisze w pierwszym felietonie dla Interii komentator Polsat Sport Adam Romański.

4 października, Energa Basket Liga, i taki mecz siódmej kolejki. Anwil Włocławek z Legią Warszawa. Włocławianie dwa dni po zwolnieniu trenera Dejana Mihevca, po serii słabych, topornych meczów, i z trenerem "tymczasowym" Marcinem Woźniakiem, od wielu lat asystentem w klubie... Legia w tym meczu prowadziła przez ponad 24 minuty. Jeszcze po trzeciej kwarcie była na "plus siedem". Ostatnią kwartę Anwil wygrał 33:18, cały mecz ośmioma punktami, gwiazdy zespołu Deishaun Booker i Ivan Almeida błyszczały, wyjęta z szafy trenera obrona strefowa zadziałała, a Marcin Woźniak, 39-letni włocławianin, także asystent trenera reprezentacji, mógł powiedzieć na konferencji prasowej: - Jestem gotowy na pracę głównego trenera do końca sezonu.

Reklama

Historia tego meczu nie zamknęła się w ostatnich 10 minutach i przebłysku geniuszu trenera, ale bardziej nawet w dobrym przygotowaniu do meczu i energii z ławki, której wcześniej brakowało. Co więcej, w rozmowie ze mną już przed meczem Marcin Woźniak twierdził, że jest gotowy na wyzwanie głównego trenera Anwilu, więc mecz w jego podejściu nic nie zmienił. Zrobił jednak dobrą robotę, wygrał, a prowadzenie meczu - przecież tylko jeden z wielu aspektów pracy trenera - spodobało się we Włocławku jednak tak bardzo, że Marcin Woźniak dzień później został mianowany trenerem Anwilu - jak napisał klub w oświadczeniu - "do końca sezonu". (Choć mój partner sprzed mikrofonu z Polsatu Sport Tomasz Jankowski twierdzi, że żaden trener nie pracuje "do końca sezonu").

Porzucono w ten sposób bardzo zaawansowane rozmowy z Przemysławem Frasunkiewiczem, który prowadzi Asseco Arkę Gdynia i na pewno był również gotowy. Frasunkiewicz przez kilka dni negocjował z prezesem klubu z Włocławka Arkadiuszem Lewandowskim, omawiali scenariusze, zmiany w składzie, pomysły... Trenerem Anwilu jednak (na razie?) nie będzie. Na pewno to trener z większym doświadczeniem niż Woźniak (piąty rok pracy jako główny), na pewno ma głowę pełną pomysłów, a jego zespoły grają w Gdyni koszykówkę koncepcyjną, nowoczesną, w której widać to, co myśli trener.

Czy Woźniak daje gwarancję lepszego efektu? Nie daje, ale - czego nie wyśmiewam - jest gwarantem kontynuacji pomysłów najlepszego trenera w historii klubu Igora Milicicia, który odszedł z Włocławka tego lata po pięciu sezonach pracy i dwóch mistrzostwach. Marcin Woźniak nie wstydzi się tego, że od Milicicia się wiele nauczył, a po schematach w obronie i ataku już to było widać w niedzielę. Styl gry poprzedniego trenera, odważny, żywiołowy, oparty o akcje gwiazd w ataku i sprytną, zespołową, zmienną obronę, bardzo wszystkim we Włocławku pasował.

Dlatego kiedy w czerwcu klub z Włocławka ogłosił, że trenerem Anwilu zostanie Dejan Mihevc, byłem mocno zdziwiony. Napisałem na Twitterze, że ten szkoleniowiec nie pasuje do Włocławka. To było bardziej odczucie niż przekonanie, ale też pamięć o tym, jak funkcjonował w Toruniu, jak grały jego zespoły, co o nim mówili współpracownicy i zawodnicy, a także - co widziałem z bliska - jak funkcjonował w finale 2019, kiedy to mimo prowadzenia 3:2 Polski Cukier Toruń przegrał mistrzostwo.

Mały przykład. Wtedy w meczu 6 we Włocławku doszło do przerwy związanej z awarią prądu, którą Igor Milicić z Marcinem Woźniakiem wykorzystali aktywnie na zrobienie odprawy, pocięcie wideo z trwającego właśnie meczu (!), pokazanie go zespołowi i nakręcenie intensywności pomysłów i wykonania. Dejan Mihevc wtedy nerwowo spacerował po korytarzach hali we Włocławku... Nie był kimś, kto emanował pomysłami, miał kłopoty z reagowaniem na zmieniające się sytuacje boiskowe i stres meczowy.

Łatwo byłoby teraz napisać, że Marcin Woźniak, skoro jest uczniem Milicicia, będzie reagował inaczej niż Mihevc, tak jak Milicić, będzie porywał zawodników przemowami w szatni i będzie "pasował" do Włocławka. Tego jednak jeszcze nie wiemy. Nie wiemy, czy pozostawiony sam, bez wzorca (choć jestem przekonany, że Igor Milicić będzie go wspierał na każdy sposób), poprowadzi mecz, zabłyśnie ideą, tak jak poprzednik-nauczyciel. Nie wiemy też jak zareaguje pod presją kapryśnej i opiniodajnej (nieustająco opiniodajnej!) publiczności włocławskiej, która żyje koszykówką. Mimo że jest przecież doskonale zaznajomiony z realiami, wymaganiami i presją towarzyszącymi włocławskiej koszykówce, bo jest stamtąd. Czy będzie odporny? Czy będzie sobą? Czy wiedzę koszykarską wykorzysta na boisku i czy zawodnicy, którzy go znają jako wykonawcę poleceń szefa, będą widzieli w nim nowego bossa?

Część z tych pytań to banały, które przerabiać można przy każdej zmianie trenera. Część jednak jest związana z bardzo intensywnym środowiskiem koszykarskim we Włocławku, w czym nie ma żadnego pejoratywu - to wspaniała okazja pracować w takim miejscu! Dodatkowo, mało w tych rozważaniach koszykówki, ale takie jest życie trenera, zwłaszcza miejscowego. Przykładów lokalnego asystenta, który przejmuje zespół jako główny i dochodzi do sukcesów, było w ostatnich latach niewiele. Celowo podkreślam "lokalnego", bo to jednak co innego niż "przyjezdny", oderwany od swoistej sieci powiązań. Trudno mi znaleźć przykład pozytywny. Pamiętamy, jak w podobnej sytuacji we Wrocławiu w 2003 roku przegrał Jacek Winnicki, w późniejszych latach wybitny trener. Przeglądam nazwiska trenerów, którzy zdobywali medale w ekstraklasie w ostatnich 20 latach i takich historii praktycznie nie ma.

W samym Włocławku udało się to tylko Igorowi Griszczukowi, który przejął zespół w trakcie sezonu (ale nie był asystentem) i poprowadził w dwa lata do dwóch medali. Nie udało się ani Davidowi Dedkowi (nie był z Włocławka, ale długo był asystentem), ani Krzysztofowi Szablowskiemu (przygoda podobna, jak dzisiaj Woźniaka), ani Wojciechowi Kobielskiemu. Ten ostatni był asystentem przez prawie 10 lat i podchodził do roli szefa dwa razy. W 1997 roku z piątego miejsca przegrał ćwierćfinał, a w 2001 nawet wygrał serię w play-off z Czarnymi Słupsk, po to tylko, żeby się dowiedzieć, że pokonany przez niego trener Stevan Tot przenosi się ze Słupska do Włocławka natychmiast i będzie prowadził jego zespół. Kobielski bardzo pasował do Włocławka, ale jednak - mimo wyników - nie wytrwał.

Jednak Marcin Woźniak jest - co już nie wynika z historii i tego co już było - znakomicie przygotowany, to trener doceniany za to co zrobił jako asystent. Jedno poza tym ma od początku: wielkie wsparcie i zaufanie od włocławskich kibiców. To może potrwać nawet do końca sezonu, nawet jeśli wyniki nie będą tak znakomite jak w latach 2017-2020. Życzę mu powodzenia, bo jest jednym z nowej szkoły trenerów, która mi osobiście odpowiada. Analityków, znawców, ludzi sprzed komputera, ultrapracowitych. Teraz Woźniaka czeka przeskok i niech wyląduje z przytupem. Żebyśmy go za kilka lat nie pamiętali przede wszystkim z tego jednego dnia, 4 października, i energetycznego zwycięstwa z Legią Warszawa.

Adam Romański, Polsat Sport

Dowiedz się więcej na temat: anwil włocławek | Marcin Woźniak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama