W skrócie
- Artur Hajzer był jednym z najwybitniejszych polskich himalaistów, zmarł tragicznie podczas zejścia z Gaszerbrum I w 2013 roku.
- Okoliczności jego śmierci są do dziś tajemnicze, a relacje wskazują na możliwe halucynacje lub dezorientację Hajzera tuż przed tragedią.
- Wspomnienia żony oraz partnera wspinaczkowego budują obraz dramatycznych, pełnych niepokoju godzin poprzedzających jego śmierć.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Artur Hajzer z Jerzym Kukuczką 3 lutego 1987 roku dokonali pierwszego zimowego wejścia na Annapurnę (8091 m). Spośród ośmiotysięczników zdobył też Manaslu (8156 m) w 1986 wraz z Kukuczką, Sziszapangmę (8013 m) w 1987 nową drogą z Wandą Rutkiewicz, Ryszardem Wareckim i Kukuczką, Dhaulagiri (8167 m) w 2008 i Nanga Parbat (8126 m) w 2010 - oba z Robertem Szymczakiem, a w 2011 roku Makalu (8481 m) z Adamem Bieleckim i Tomaszem Wolfartem.
Był jednym z najbardziej doświadczonych polskich himalaistów, twórcą programu Polski Himalaizm Zimowy.
19-letnia Polka znów przeszła do historii. Coś niesamowitego, otwiera się w nowym oknie
Tragedia na Gaszerbrum i chaos informacyjny. "Przez dwa dni byłem uznany za zmarłego"
Do tragedii doszło w niedzielę, kiedy dwaj polscy himalaiści, z powodu załamania pogody, zdecydowali się przerwać atak i schodzili w dół Gaszerbrum I. To wówczas do Polski zadzwonił Artur Hajzer.
- Chciał się ze mną połączyć, ale nic nie było słychać - mówił wówczas na antenie TVN24 Janusz Majer. Jak potwierdził, słyszał jak Hajzer mówił mu, że podczas schodzenia z Gaszerbrumu wypadkowi uległ Kaczkan. SMS-a o takiej treści dostała też kilka minut później żona Hajzera.
- Ja schodziłem pierwszy, a Artur szedł za mną. W pewnym momencie zauważyłem, że Artur spada. Na dole znalazłem Artura, niestety nie żył - relacjonował wówczas Kaczkan dla stacji TVN24.
Według jego szacunków Hajzer spadł z wysokości około 500 metrów.
Jak zatem widać Kaczkan był zdrów i cały. Wielką tajemnicą pozostaje, dlaczego Hajzer przekazywał fałszywe informacje. Wspomina się o tym, że mógł mieć halucynacje.
Przez dwa dni byłem uznany praktycznie za zmarłego. Dopiero po tym czasie okazało się, że ta sytuacja jest zupełnie odmienna. Bardzo się zdziwiłem, że Artur wysłał takiego smsa
W wywiadzie dodał też, że z Hajzerem podczas ostatnich godzin nie było zbyt dobrze, choć nigdy nie będzie można stwierdzić ze stuprocentową pewnością, co dokładnie się stało. - Ta zagadka pozostanie nierozwiązana - podsumował.
Kaczkan odnalazł ciało Hajzera i potwierdził jego śmierć. Obok niego nie było plecaka. Był za to telefon satelitarny. Z odłączonymi bateriami. Nie było w nim jednak karty SIM.
O tym z kolei, co się działo przed, w trakcie wyprawy i już po śmierci Hajzera, możemy się dowiedzieć z relacji Izabeli Hajzer, żony himalaisty, która otworzyła się w książce "Zawsze mówi, że wróci" autorstwa Katarzyny Zdanowicz. Dziennikarka oddała głos partnerkom oraz żonom himalaistów - kobietom żyjącym w cieniu wielkiej góry.
"Mógł mieć halucynacje. W czasie jednej z wypraw zobaczył wróżkę, która groziła mu palcem"
Oto fragment książki dotyczący wspomnianej wyprawy:
Rok 2013 był inny niż poprzednie. Mieliśmy jechać na wakacje, kupiliśmy wczasy na Krecie. Bardzo potrzebowaliśmy wypoczynku. Aż tu Artur wchodzi do domu i ogłasza: "Misiaczku, najpierw pojadę na Gaszerbrum I".
Wściekłam się. Prosiłam go, żeby nie jechał. Jakbym podświadomie czuła, że coś złego się wydarzy. (...) Wyprawa na Gaszerbrum I miała być w lipcu, nasz urlop w sierpniu. Artur nie przypadkiem chciał pojechać z Marcinem Kaczkanem. Marcin na wyjazdach mało mówi, a Artur potrzebował ciszy i samotności.
Odprowadziłam go na lotnisko w Katowicach. Pożegnaliśmy się. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam płakać. Łzy cisnęły się same. Do samego końca nie mogłam się pogodzić, że wyjeżdża.
Podczas jego wypraw mieliśmy zwyczaj - jeden SMS dziennie. Nie należę do osób wylewnych, poza tym kiedy ktoś jest oddalony setki kilometrów od domu, szczegółowe opowiadanie, co u nas słychać, nie ma sensu. Chciałam mieć krótką informację, gdzie jest, czy wszystko w porządku, jak idzie wspinanie.
Tego dnia nie zapomnę nigdy. Niedziela, popołudnie, jestem z koleżanką na spacerze. Dzwoni Artur. Miał ze sobą telefon satelitarny. Odbieram i słyszę komunikat: "Marcin Kaczkan... szczytu...". Myślałam, że schodzą, stąd połączenie kiepskiej jakości. Kilka chwil później dostaję SMS: "Marcin Kaczkan nie żyje". Burza w mózgu. Co robić? Kogo powiadomić? Zadzwoniłam do Janusza Majera. Uznaliśmy, że media nie mogą jeszcze o tym wiedzieć. Najpierw trzeba poinformować rodzinę. Byłam kłębkiem nerwów. Telefon do bazy. Artur kazał mi się skontaktować z Thomasem Laemmle, Niemcem, który pod Gaszerbrum I organizował wyprawę komercyjną. Coś wcześniej dla niego załatwiałam, więc miałam numer. Laemmle wysłał w góry tragarzy. Od tego czasu wielokrotnie próbowałam dodzwonić się do Artura. Telefon milczał. Czułam, że coś jest nie tak. Nie odpisywał, nie oddzwaniał. Straciłam z nim kontakt.
W poniedziałek poszłam do pracy. Musiałam wyjść z domu, żeby nie oszaleć. To emocje, które trudno oddać. Czas biegnie tak wolno, że każda godzina wydaje się wiecznością. Mija kolejny dzień, nadal brak wieści. Po kilkunastu godzinach dzwoni Thomas. Odbieram: "Mam dobrą i złą wiadomość. Marcin żyje, Artur nie".
Świat się zatrzymał. Nie pamiętam, czy byłam w stanie cokolwiek odpowiedzieć. Jakbym dostała w twarz. To był jego ostatni kontakt ze mną. Nigdy później już do mnie nie zadzwonił. Marcin Kaczkan mówił mi później, że Thomas pomylił telefony, myślał, że rozmawia z jego żoną.
Chłopcy tam, w górach, przez jakiś czas myśleli, że Artur zszedł do namiotu, schronił się i dlatego nie ma z nim kontaktu. Wątpliwości rozwiał dopiero Marcin Kaczkan, który wrócił do bazy i powiedział, że widział, jak Artur spada. Co się wydarzyło? Nie wiem. Mógł źle się wpiąć. Może miał chorobę wysokogórską. Jego SMS do mnie był irracjonalny. Poinformował mnie o tragedii. Tyle że nie swojej, a na dodatek ona się nie wydarzyła... Pojawiły się też hipotezy, że mógł popełnić samobójstwo. Nigdy w to nie uwierzę. Owszem, jego działania w ostatnich godzinach były dziwne, jak zgubienie karty SIM w telefonie. Eksperci twierdzą, że to niemożliwe. Trzeba sporo się namęczyć, by kartę wyjąć. Na takim mrozie? Ciężkie zadanie. Proszę sobie wyobrazić choćby zdjęcie rękawiczek. Mógł mieć halucynacje. Nieraz je miewał. W czasie jednej z wypraw zobaczył wróżkę, która groziła mu palcem - miał nie śmiecić. Z kieszeni kurtki wyleciał mu papierek po snickersie, stąd upomnienie od wróżki. Tak bardzo się tym przejął, że do końca wyprawy karcił kolegów za nieporządek. Jakby się bał, że zjawa może wrócić.
Wiele razy zastanawiałam się, czy zrobiłam wszystko, by powstrzymać go przed wyjazdem. Moja psychiatra zabroniła mi zamęczać się takimi wątpliwościami. One nie wrócą mu życia.















