Reklama

Reklama

Zniewolony umysł PZPN

Nawet tysiąc zatrzymanych przez prokuraturę ludzi futbolu nie rozwiąże problemu korupcji w polskiej piłce, jeśli nie zmieni się mentalność środowiska. Póki co, trudno dostrzec, by ten niewątpliwie żmudny i długotrwały proces choćby zakiełkował. Do tego potrzebne jest szczere, publiczne wyznanie win przez związkowych działaczy. A oni boją się tego, jak diabeł święconej wody.

Nie ulega wątpliwości, że jedyną instytucją zdolną do przeprowadzenia oczekiwanych przez rzesze kibiców zmian w Polskim Związku Piłki Nożnej jest sam PZPN. Utopią jest wiara, że przyjdzie taki czy inny minister albo kurator i uleczy tę chorą instytucję jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

To jest jak z problemem alkoholika. Dopóki sam nie zechce walczyć z nałogiem, żadna siła go z niego nie wyprowadzi, a zewnętrzna presja co najwyżej sprawi, że będzie jedynie stwarzał pozory poprawy. Tak jest dzisiaj z PZPN.

Związek ze swoim problemem walczyć nie chce, a wszelkie jego działania (vide: kosmetyka statutu) mają charakter działań pozorowanych i nacechowanych nadzieją, że natrętna "opinia publiczna" może się w końcu odczepi.

Reklama

Wojna tylko na górze

Łatwo zauważyć, że walka toczona przez wrocławską prokuraturę z korupcją w polskiej piłce nie schodzi poniżej poziomu trzeciej ligi. Media relacjonują zatrzymania i procesy ludzi znanych z reguły z piłkarskich szczytów. "Płotki" nie są medialne, łapią się czasem niejako przy okazji polowania na "grube ryby". Tymczasem PZPN to przecież nie tylko centrala w Warszawie, ale przede wszystkim znacznie liczniejsze struktury okręgowe w szesnastu miastach wojewódzkich i setki podokręgów, z reguły pokrywających się z obszarem jednego czy dwóch powiatów.

To są fundamenty piramidy polskiego futbolu, skażone tak samo albo i bardziej niż jej wierzchołek. Tam czas jakby się zatrzymał. Codzienne realia tych instytucji są takie same jak dziesięć czy dwadzieścia lat temu. I nie chodzi tylko o kiepskie warunki lokalowe i archaiczne metody pracy. To jeszcze można by od biedy zrozumieć.

Rzecz w tym, że ich chlebem powszednim są patologie - jakby ich działacze w życiu o aferze korupcyjnej nie słyszeli. Tam nie zaglądają media, nie zagląda też prokurator. Trzeba by się zresztą zastanowić, czy jego wkroczenie byłoby jakąkolwiek metodą na poprawę stanu tych instytucji. Tu chyba nie opłaca się skórka za wyprawkę. Jaki byłby bowiem sens angażowania sił i publicznych pieniędzy poważnego urzędu do wyłapywania sędziów, którzy za "stówkę" gwizdną karnego w okręgówce, działaczy, którzy za flaszkę skreślą parę kartek w ewidencji kar czy piłkarzy, którzy grają na lewych kartach, oszukując swoich rywali.

W niższych ligach korupcja bynajmniej nie zniknęła, wciąż kwitnie. Być może jedynie jej skala jest mniejsza. Dzieje się tak wskutek paraliżującego niektórych strachu, ale strach jest lekarstwem tylko na chwilę. Jeśli minie, wszystko wróci do normy. Szukać trzeba innych rozwiązań.

Reforma potrzebą chwili

Niemożliwa jest, rzecz jasna, nagła wymiana kadr i zastąpienie tysięcy "starych" działaczy "nowymi", bo niby skąd mieliby się oni wziąć? W związku nie istnieje realna opozycja. Taka, jaką dla komunistów stanowiła "Solidarność". Oponenci - jeśli są - to jedynie tacy, którzy chcieliby obalić obecną władzę, samemu się do niej dorwać i dalej działać starymi, a nie reformatorskimi metodami. Tym bardziej niemożliwa jest także nagła zmiana systemu myślenia tych "starych".

Możliwa jest natomiast reforma związkowych struktur, która dzisiaj stała się potrzebą chwili. Taka, która pracę wielu - z pewnością oddanych - działaczy uczyni pożyteczną, która sprawi, ze ich energia nie będzie trafiać w próżnię.

Trzeba sobie w końcu odpowiedzieć na pytanie, czy setki podokręgów, złożonych z komisji, komisyjek i wydziałów okupowanych przez zasłużonych społecznych działaczy, to czasem nie jest struktura z innej epoki? Może trzeba ją zlikwidować, a może zmniejszyć?

Beton trzyma się mocno!

Czy mają być piłkarskim samorządem, czy tworem urzędniczym tylko do organizowania rozgrywek? Twierdzę, że na to pierwsze nie ma szans w dającej się przewidzieć przyszłości . Podokręgi są miejscem, gdzie przez kreowanie piłkarskiej rzeczywistości rozumie się dziś żałośnie prymitywne koleżeńskie układziki i intrygi. Wykorzenić tego z dnia na dzień niepodobna. Jeśli mają być tylko aparatem urzędniczym, to może ich rolę z powodzeniem mogą przejąć związki wojewódzkie? Ale może i im potrzebne jest przewietrzenie?

Może zamiast wielu emerytowanych społeczników w wydziale gier wystarczy jeden sprawny urzędnik? Pobierający wynagrodzenie, ale i odpowiadający za to, co firmuje. Może zamiast 35-osobowego zarządu wystarczy zarząd 5-osobowy? Może związkami powinni na co dzień zarządzać zawodowi menedżerowie, dyrektorzy sportowi? Przecież te instytucje mają wcale pokaźne budżety, budowane na składkach czasem ledwie zipiących klubów. Może fachowcy spożytkowaliby je lepiej, co wcale nie musi od razu znaczyć, że społecznicy to złodzieje.

Takie pytania można mnożyć, ale na dziś nie ma komu ich w związku postawić. Działaczowski "beton" nie chce nawet słyszeć o dyskusji na ten temat, a co dopiero o jakichkolwiek zmianach.

Sędzia jak żona cezara

Patologia polskiego futbolu tkwi w głowach ludzi go tworzących. To owe "zniewolone umysły" przede wszystkim odpowiadają za istniejący stan rzeczy i bez ich wyleczenia na zmiany nie ma żadnych szans. Przykład? Pierwszy z brzegu, z ostatnich dni.

Sędzia Grzegorz G., najlepszy według rankingów polski arbiter, domaga się cofnięcia prokuratorskiego zakazu wykonywania sędziowskiej profesji i tym samym zgody na sędziowanie meczów w polskiej lidze. Wręcz grozi, że jeśli zakaz nie zostanie cofnięty, to on zabierze zabawki z piaskownicy i pojedzie sędziować za granicę. Marzy bowiem o mundialu.

Nie znam osobiście sędziego Grzegorza G. Nie wiem, czy jest zrozpaczonym desperatem, czy do cna wyrachowanym cwaniakiem. Twierdzę natomiast, że taka a nie inna jego postawa to efekt wspomnianego skażonego umysłu całego środowiska, które reprezentuje. Grzegorz G., podobnie jak wcześniej Marcin Wróbel czy Marek Mikołajewski, nie rozumie, bo go tego nie uczono, że sędzia piłkarski to swoistego rodzaju zawód zaufania społecznego. Jak lekarz, nauczyciel czy sędzia w sądzie. Od ludzi z tych branż można i trzeba wymagać więcej niż od przeciętnego śmiertelnika. Oni muszą być jak żona cezara, poza wszelkimi podejrzeniami.

A przecież na G. nie ciążą tylko podejrzenia, lecz aż siedem prokuratorskich zarzutów, w tym zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej! Ciekawe czy G. chciałby, aby w jego sprawie wyrokował sędzia będący w takiej samej jak on sytuacji prawnej. G. stawia nacisk na domniemanie niewinności. Skoro nie zapadł prawomocny wyrok, to jest niewinny. W pełni to prawo szanuję, ani mi w głowie wydawanie zaocznego wyroku, co więcej - bardzo bym chciał, by G. uniewinniono. Byłby to wielki sukces jego i całego środowiska. Jakaś nadzieja, iskierka, że jednak nie wszystko było do cna zepsute. To nie ma jednak absolutnie nic wspólnego żądaniem, aby sędzia, którego pracę obserwuję na boisku, był poza wszelkimi podejrzeniami.

Cywilizowana rekrutacja

Dlaczego G. i jego koledzy tego nie rozumieją? Bodaj w zeszłym roku gościł w Polsce przedstawiciel sędziów niemieckich. W swoim wykładzie położył nacisk na rzecz pozornie oczywistą, u nas jednak zupełnie abstrakcyjną. Otóż rekrutując w Niemczech sędziów piłkarskich, a zwłaszcza selekcjonując ich pod kątem awansów na wyższe szczeble, na pierwszym miejscu stawia się wykształcenie i pozycję społeczną kandydata.

Jak zaakcentował prelegent, więcej szans należy dać kandydatowi lepiej wykształconemu, nawet jeśli gorzej radzi sobie na początku z samym gwizdkiem, niż niezbyt inteligentnemu, który przejawia czysto sędziowskie talenty. Tego pierwszego łatwiej bowiem nauczyć sędziowania niż tego drugiego ogłady i elokwencji. No i co najważniejsze: mniejsze jest ryzyko, że ten pierwszy sprzeniewierzy zasady środowiska i swoją społeczną pozycję dla szybkiego i łatwego zysku.

Tak było w Polsce przedwojennej, gdzie arbitrzy rekrutowali się ze środowiska lekarzy, prawników, dziennikarzy czy nauczycieli akademickich, i raczej nie przychodziły im do głowy pomysły, by przekręcać mecze, a wzięte za to pieniądze chować do zapasowego koła samochodu. Korupcja, zjawisko stare jak świat, i wtedy się zdarzała (choć o przykładach sędziowskiej nie słyszałem), ale była raczej marginesem, czyli mieściła się w regułach normalnego demokratycznego społeczeństwa.

Komuna odwróciła proporcje

Przez lata komunizmu w Polskim Kolegium Sędziów hołdowano jednak zasadzie zgoła odwrotnej. Kandydat mierny był łatwiejszy do sterowania, a przez to bardziej pożądany w środowisku kierującym się powszechnie już dziś znanymi regułami. Przez lata nie weryfikowano formalnego wymogu, by sędzia szczebla centralnego miał wykształcenie co najmniej maturalne. Do dziś zupełnie abstrakcyjny jest przepis, by sędzia nie był karany za przestępstwa umyślne. Nikt nie żąda od sędziów, a tym bardziej nie weryfikuje zaświadczeń o niekaralności, choć to banalnie proste.

Stąd, oczywiście głównie na niższych szczeblach, biega po polskich boiskach całkiem spora grupa rozjemców lubiących siąść za kierownicę po pijanemu, wywołać drobną sprzeczkę, czasem komuś dać po gębie. Skazanych za to prawomocnymi wyrokami!

W selekcji i szkoleniu polskich sędziów muszą nastąpić zmiany. Niezbędne są treningi psychologiczne czy zajęcia z etyki. Zapóźnienia są niestety tak olbrzymie, że trzeba sędziom mówić wprost, że ani przed, ani po meczach nie wypada pić alkoholu z działaczami, a tym bardziej zawodnikami (zjawisko w niższych klasach powszechne), że flaszka po meczu za niewpisanie kartek do protokołu to też korupcja, że bycie raz sędzią, a raz obserwatorem to zjawisko nienormalne... I wiele jeszcze innych spraw, dla przeciętnego obywatela całkiem oczywistych. No i muszą wreszcie sędziowie poznać i zrozumieć przysłowiowy kodeks przedwojennego oficera, tak by w razie korupcyjnej wpadki, a te przecież zdarzać będą się zawsze, przynajmniej wiedzieć, jak się honorowo zachować ,zamiast bredzić jak Grzegorz G.

Nadzieja w prawdzie

Aby związek mógł zainicjować jakiekolwiek reformy (a potrzeba ich o wiele więcej niż przytoczono), musi przyjąć i wyznać brutalną prawdę o sobie. Szczerze, nie jak prezes Listkiewicz, mówiący na związkowym zjeździe swoje "przepraszam". Związek, ustami swoich działaczy, musi przyznać, że zatopiony jest w bagnie po uszy. To prawda wstydliwa. Nic zatem dziwnego, że działacze odrzucają ją wszelkimi sposobami, jak przywołany na wstępie alkoholik, który wbrew samemu sobie zaprzecza, że jest chory.

To reakcja zrozumiała, chyba nawet normalna, ale może w końcu ktoś zrobi pierwszy krok i tę gorzką prawdę wyzna. Blisko tego był niedawno trener Majewski. Ta prawda związku nie osłabi. Tylko ona może go wyzwolić i przywrócić mu utracony honor. Innej drogi nie ma.

Dopiero potem możliwe będą reformy i spokojne czekanie, aż za dwadzieścia, może trzydzieści lat wyrośnie pokolenie nowych działaczy o nieskażonych umysłach.

Jarosław Tomczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL