Reklama

Reklama

Zimowe igrzyska olimpijskie nie mają przyszłości?

Gdy olimpijska gorączka opuści już tereny, na których jeszcze niedawno odbywały się igrzyska, jej miejsce zaskakująco szybko zajmuje normalny rytm życia i rutyna.

Autor tego artykułu, spacerując po ulicach Vancouver niecałe dwie doby po ceremonii zamknięcia XXI Zimowych Igrzysk Olimpijskich, zarejestrował obecność wielkiego, czerwonego klonowego liścia tylko na jednym, osamotnionym obiekcie: hydroplanie podchodzącym do lądowania w porcie. Wszędzie przeważał nastrój melancholii... A może tylko ja się tak to odczuwałem?

Gdy wcześniej było ci dane oglądać na własne oczy transformację miasta, która dokonała się dzięki euforii i przeżywanym wspólnie sportowym emocjom, powrót do ciszy i normalności codziennego życia jest doświadczeniem mocno depresyjnym.

Reklama

Jaka przyszłość igrzysk?

W tym miejscu trzeba przypomnieć, że impreza w Vancouver tak naprawdę jeszcze się nie skończyła. 12 marca rozpoczną się tu Zimowe Igrzyska Paraolimpijskie.

Ale po wielkim balu zostało już tylko wspomnienie, a przecież był to bal, którego przygotowanie zajęło niemal dziesięć lat, i na którym bawiono się dwa tygodnie. Bal, który kosztował miliardy dolarów, i dzięki któremu Vancouver zwróciło na siebie uwagę dużej części świata. Na początku igrzysk był to rozgłos raczej negatywny, później sytuacja uległa poprawie.

Wszelkie rachunki zostały już uregulowane, ale wspólne wspomnienia pozostały - tak w głowach, jak i w sercach. Zanim całkowicie zbledną, zastanówmy się, jaka jest przyszłość zimowych igrzysk olimpijskich.

Na początek kilka wskazówek, które przyszłe miasta-gospodarze i członkowie MKOL powinni dobrze zapamiętać.

Pogoda ma znaczenie. Konkurencje zimowe - przynajmniej te, które rozgrywane są na otwartej przestrzeni - z natury narażone są na dokonywane w ostatniej chwili zmiany w grafiku. Globalne anomalie pogodowe powodują, że liczba lokalizacji z niezawodną zimową aurą będzie się kurczyć, nie zwiększać.

Sportowcy zasługują na lepszą pogodę

Na obronę Cypress Mountain (gdzie trzeba było zwozić ciężarówkami śnieg, by móc rozegrać zawody w snowboardzie i narciarstwie dowolnym) trzeba powiedzieć, że tegoroczny styczeń był w Vancouver najcieplejszy od ponad stu lat. Ale mżawka i śniegowa breja zawitały nie tylko tam.

Whistler - które jest przecież kurortem górskim z prawdziwego zdarzenia - również doświadczyło problemów wynikających z umiarkowanych temperatur, zwłaszcza na mniejszych wysokościach. Nie było to zaskoczeniem dla tych, którzy przyjeżdżali tutaj w ubiegłych latach na zawody Pucharu Świata.

Oglądanie halfpipe'u w deszczu psuje całą zabawę. Podobnie było w japońskim Nagano w 1998 roku. Pomijając już wrażenia kibiców, sportowcy zasługują przecież na lepsze warunki podczas najważniejszych startów w swojej karierze.

Kultura sportów zimowych ma znaczenie

Otuchy dodała mi niedawna wypowiedź Jacquesa Rogge, prezydenta Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, nawet, jeśli była nieco spóźniona. Zapowiedział on, że w przyszłości specjalne komisje będą szczegółowo analizować dane pogodowe z miejsc ubiegających się o przyznanie im organizacji igrzysk i brać je pod uwagę przy podejmowaniu decyzji. Musi to być jednak czynnik decydujący, a nie tylko jeden z wielu.

Tymczasem karmimy się złudną nadzieją, że w 2014 roku w Soczi spadnie więcej śniegu niż deszczu. Przypomnę, że położony nad Morzem Czarnym kurort jest znany raczej jako miejsce letniego wypoczynku.

Kultura sportów zimowych ma znaczenie. Generalnie publiczność reagowała entuzjastycznie podczas tych igrzysk, nawet jeśli Kanadyjczycy wciąż muszą nadrobić braki w wiedzy na temat biathlonu i skoków narciarskich. Ale wspomnienie marazmu i świecących pustkami trybun w okolicach Turynu w 2006 roku wciąż jest żywe.

Filozofia promocyjna

Zimowym igrzyskom brakuje uniwersalności, jaka charakteryzuje igrzyska letnie. Fakt, że od lat organizuje się je w lutym, wyklucza z rywalizacji o status miasta-gospodarza praktycznie wszystkie państwa półkuli południowej.

Liczba krajów, których reprezentanci liczą się w sportach zimowych, jak również krajów, w których dyscypliny te są autentycznie popularne, jest też o wiele mniejsza.

Podczas letnich igrzysk w Pekinie, w 2008 roku, złote medale przypadły sportowcom reprezentującym 55 krajów. Łącznie medale jakiegokolwiek koloru zdobyli reprezentanci 87 krajów. W Vancouver liczby te wyniosły odpowiednio: 19 i 25. W Turynie ten drugi wynik był nawet o jedno "oczko" wyższy.

Zimowe igrzyska bywają kusząco przedstawiane jako bodziec do rozwoju. Taką filozofią kierowano się też, przyznając ich organizację w 2014 r. Soczi. Rosja, pomimo swoich słynnych surowych zim, wciąż nie posiada kurortów narciarskich z prawdziwego zdarzenia, jak również obiektów, na których można uprawiać elitarne sporty zimowe. Tego typu promocyjną filozofią powinno jednak szafować się oszczędnie.

Zimowe igrzyska przebiegają najlepiej wtedy, kiedy publiczność rozumie albo też może odnieść się do zawartych w ich programie dyscyplin, jak to było w norweskim Lillehammer w 1994 roku.

Kontrowersyjne tory i skocznie

Zasada kontynentalnej rotacji, która ma zastosowanie w przypadku letnich igrzysk, nie powinna obowiązywać. Największy nacisk powinno się kłaść na wybór najlepszej lokalizacji, nawet jeśli miałoby to oznaczać powtórki. Igrzyska są zbyt ważne - zarówno dla sportowców, jak i dla kibiców - by robić z nich przestrzeń doświadczalną.

Ekologia ma znaczenie. Igrzyska, pomimo wyzwań, jakie stwarza rozwój tej imprezy, zanotowały znaczny postęp pod względem dbałości o ochronę środowiska. Jednak już w kontekście Soczi, gdzie dojdzie do poważnej ingerencji w lokalny ekosystem, pojawiają się wątpliwości. Jednym z największych problemów towarzyszących organizacji zimowych igrzysk jest budowa torów saneczkowych i bobslejowych.

Torowi w Cesana Pariol, zbudowanemu w sercu dziewiczej natury na potrzeby igrzysk w Turynie, już dziś grozi zamknięcie. Konstrukcja jest nierentowna, podobnie jak wzniesione nieopodal skocznie narciarskie. Musi istnieć jakieś lepsze rozwiązanie niż budowanie drogich, ekologicznie inwazyjnych obiektów w miejscach, w których takie dyscypliny, jak saneczkarstwo, nie są w ogóle popularne.

Jeśli chodzi o olimpijski tor w Whistler, to jego przyszłość stoi pod znakiem zapytania również ze względu na śmiertelny wypadek Gruzina Nodara Kumaritaszwilego, który zrodził pytania o bezpieczeństwo konstrukcji.

Chyba lepiej wykorzystywać obiekty już istniejące (co oznacza również wybór miast, które posiadają rozwiniętą zimową infrastrukturę sportową) niż ryzykować kolejne kosztowne przedsięwzięcia. Można też zatrudnić specjalistów z Tyrolu, którzy każdej zimy dokonują przebudowy naturalnego toru w szwajcarskim St. Moritz.

Koncentracja ma znaczenie

Zimowe igrzyska stają się coraz bardziej rozczłonkowane - konkurencje na lodzie rozgrywane są w mieście, konkurencje narciarskie - w górach. Mimo iż organizatorzy zadbali o zminimalizowanie ruchu drogowego, czasami na pokonanie trasy Vancouver - Whistler potrzeba było dwóch albo i więcej godzin. Perspektywa ta odstraszała zarówno sportowców, jak i kibiców.

Przy takim rozbiciu igrzysk na dwie lokalizacje tracimy coś cennego. Zbieranie sportowców z całego świata rzekomo w jednym miejscu - bo w rzeczywistości uczestniczą oni wspólnie tylko w ceremoniach otwarcia i zamknięcia, resztę czasu spędzając w odległych od siebie olimpijskich wioskach - dalekie jest od olimpijskiego ideału.

Teoretycznie igrzyska w Soczi powinny być bardziej skondensowane. Krasna Polana, gdzie rozgrywane będą konkurencje narciarskie, leży około 80 km od miasta.

Dwaj kandydaci ubiegający się o organizację igrzysk w 2018 roku - Monachium i Pyeongchang w Korei Południowej - również podkreślają swoją "kompaktowość". Koreańczycy twierdzą, że odległość między wszystkimi arenami sportowej rywalizacji będzie można pokonać w 30 minut.

Właśnie takiej integracji potrzebują zimowe igrzyska olimpijskie.

Christopher Clarey

New York Times / International Herald Tribune

Tłum. Katarzyna Kasińska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL