Reklama

Reklama

Zarzeczny: Małe różnice

Sporo osób uważa, że Kaczyński z Tuskiem różnią się zasadniczo. Są w błędzie.

Otóż jest jakąś polityczno-medialną mistyfikacją, iż obaj liderzy dużych polskich partii mają odmienne poglądy, nie mówiąc o życiorysach. Oni tylko zachowują się jak przy grze w pokera - zgłaszają, licytują, przebijają, dobierają karty i rozgrywają, czasem fałszując z lekka. Taki teatrzyk dla ubogich, włącznie z wczorajszym, rzekomo istotnym spotkaniem.

Otóż dla Polski zupełnie obojętnym jest fakt, który z nich jest przy władzy (bo za chwilę się zamienią rolami, to pewnik), tak jak nie jest istotne dla Amerykanina z Oregonu kto siedzi w Białym Domu, republikanie czy demokraci, bo są to partie programowo bezideowe, prące tylko do władzy, a poglądy dopasowujące do kampanii wyborczej - czyli na kilka tygodni. Podobnie jest u nas, w Niemczech i w Wielkiej Brytanii również, bowiem partie rządzące może i robią uśmiechy do części swej klienteli, ale tak naprawdę mają giętkie kręgosłupy i z równym zapałem mogą przegłosować słuszność dowolnej sprawy, jak i ją zdecydowanie potępić.

Reklama

No więc Kaczyński, jak było na wstępie, nie różni się od Tuska wcale, a jeśli nawet - są to niuanse. Obaj prą do władzy, przy której umościli się w roku 1989. Obaj zaczynali od schlebiania Wałęsie, by dziś miłości tej się zgodnie wypierać. Obaj są skuteczni, dynamiczni, nie byli agentami, nie trawią Rokity, dobrze przemawiają i potrafią, jeśli trzeba, zrobić krok w tył, albo pożegnać najlepszych przyjaciół, albo porzucić dogmaty, albo związać się taktycznie z każdym, byle wygrać kolejne głosowanie lub głosowaniu przeszkodzić. Obaj wiedzą, że trzeba słuchać się Amerykanów, zwalczać (ale tylko werbalnie) przeszłość, no i że nie warto zadzierać z Niemcami oraz paroma innymi nacjami, bo się nie kalkuluje. Obaj są szczerymi patriotami, obrońcami chrześcijańskiej tradycji, rodziny (dowolne dopisać). Więc skąd konflikt? Ano jest on pozorny, aby wywołać wrażenie że toczy się jakiś spór o Polskę. Nie ma takiego sporu, chyba że personalny. A co to nas w ogóle powinno obchodzić?

W Anglii, która mimo posiadania monarchii (do dziś królowa panuje zresztą w połowie kuli ziemskiej, choćby w Australii i Kanadzie i kilkudziesięciu pomniejszych krajach - to także teatr dla ubogich, rzecz jasna), otóż Anglia zawsze dbała o pozory demokracji. Na przykład o to, by posłowie Jej Królewskiej Mości (bądź Ich...) mieli diety, szaty i poczucie bezpieczeństwa osobistego (stąd interesujący rozmiar stołu dzielącego liderów partii w Izbie Gmin - ma on szerokość dwóch wyciągniętych szpad, by teoretycznie podczas gorącej debaty jeden MP nie zaciukał drugiego, interesujące). A krzyczą tam do bólu albo jeszcze głośniej, po czym władza się zmienia, no i krzyczą ci sami, tylko zamieniają się miejscami, a Anglia dalej rośnie w siłę. Tak jest również u nas, wystarczy tylko trochę dokładniej się przyjrzeć, aby zobaczyć głównych aktorów, kukiełki, halabardników. A także tych pociągających za sznurki. I dwóch reżyserów - Tuska z Kaczyńskim.

A wszystko - jak śpiewał Kelus - w oczach zdumionej wciąż widowni...

Paweł Zarzeczny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje