Reklama

Reklama

Zarzeczny: Francja przeciw demokracji

Według mediów 85-procentowa frekwencja we Francji to triumf demokracji. Jest odwrotnie.

Ta frekwencja, nieprawdopodobnie wysoka i niemal zbliżająca się do rekordów koreańsko-albańskich, jest według mnie spowodowana następującym faktem. Francuzi się boją i nie chcą już haseł w rodzaju liberte, egalite, fraternite (czyli wolności, równości, braterstwa), ale pragną silnej władzy i porządku, nie mówiąc nawet że przede wszystkim chcą Francji. To dlatego zwycięzcą został minister spraw wewnętrznych, bo z tego został zapamiętany jak wprowadzał porządek na zrewoltowanych przedmieściach - czynił to z klasą i elegancko, ale zdecydowanie i pokazał młodzieży, głównie arabskiego pochodzenia, jak należy przestrzegać norm społecznych. Otóż tego przestrzegania wspólnych norm chciałby chyba każdy człowiek (postępuj wedle takich reguł, wobec których miałbyś życzenie, aby stały się prawem powszechnym - to pewien mądry filozof z Królewca).

Reklama

Do tej pory lęki Francuzów przekładały się na głosy dla Le Pena (znów dobry wynik), a teraz, gdyby zsumować kartki z nazwiskami kandydatów prawicy i centroprawicy - jest tego niemal trzy czwarte! Pani Royal, której atutem były socjalistyczne hasła plus długie nogi, w powtórce szans nie ma, tak jak socjalizm nie ma już większych szans w obecnej Europie - zwyczajnie brakuje na niego pieniędzy i można go nawet zadekretować, lecz nie da się wprowadzić w życie. To zresztą Francuzi wiedzą już od czasów prezydentury Mitteranda i komunistycznych (!) ministrów, których przyszłe klęski i ich powody tak opisał niegdyś niezapomniany Kisiel: "Co wolicie Francuzi? Socjalizm czy świeże bagietki?". Otóż Francuzi chcą porządku, bagietek i jest to wybór znakomity. Podobnie jest z prawicą. Bo cóż dają Niemcom na przykład rządy socjaldemokracji? Na razie jedynie cięcia świadczeń socjalnych i wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat - oczywistym jest, że większość wyborców pani Merkel nagrody tej nie doczeka nigdy.

Jeżeli jest coś we Francji nietypowego - w pierwszej turze nie widać żadnego kandydata mniejszości, jakiegoś tamtejszego islamisty bądź geja (choć znakomity wynik zrobił pan Bayrou, tamtejszy Tymiński, ten co kiedyś w Polsce wyłączył z polityki Mazowieckiego). Oznaczałoby to, że jest jednak szansa na pełną integrację tamtego społeczeństwa i asymilację imigrantów (często z kapitalnymi zaiste rezultatami - Zinedine Zidane jest tu przykładem najlepszym). Napawa to optymizmem zapewne "rdzenną" Francję, a i mnie cieszy - mam tam dom nad morzem i zamierzam spędzić w nim starość.

No, zatem co z tą demokracją? Czemu Francuzi tak tłumnie ruszyli do urn? Ano żeby inni nie ruszyli na ulice i był to absolutnie klasyczny odruch samoobronny. Zwłaszcza, że mają tam system prezydencki (czyli że prezydent, aby skutecznie rządzić, nie musi mieć brata premiera). Tak to widzę. Francuzi poczuli, że Sarkozy na żaden bałagan nie pozwoli. Ja również.

Paweł Zarzeczny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje