Reklama

Reklama

Wygrał na słynnej górze

Carlos Sastre zrobił wczoraj duży krok na drodze do zwycięstwa w 95. edycji Tour de France. Hiszpan z grupy CSC wygrywając po samotnej akcji 17. etap "Wielkiej Pętli" kończący się podjazdem na Alpe d'Huez, wypracował sobie półtorej minuty przewagi.

Carlos Sastre zrobił wczoraj duży krok na drodze do zwycięstwa w 95. edycji Tour de France. Hiszpan z grupy CSC wygrywając po samotnej akcji 17. etap "Wielkiej Pętli" kończący się podjazdem na Alpe d'Huez, wypracował sobie półtorej minuty przewagi.

Sastre w klasyfikacji generalnej wyprzedza swojego kolegę z zespołu Luksemburczyka Franka Schlecka (o 1.24), Austriaka Bernharda Kohla z Gerolsteinera (1.33) i Australijczyka Cadela Evansa z Silence Lotto (1.34).

- Naprawdę nie wiem, czy wygram Tour de France - powiedział Hiszpan, po drugim etapowym triumfie w tym wyścigu w karierze. - Teraz najważniejsze jest, żeby odzyskać siły na sobotę - dodał. Wtedy odbędzie si 53-kilometrowa jazda indywidualna na czas, a w tej specjalności lepszy od Sastrego jest Evans.

- O ataku zdecydowałem na początku podjazdu pod Alpe d'Huez. Pozwolenie na niego dostałem od Franka (wtedy lidera - przyp. red.). Kiedy ruszyłem myślałem tylko o jednym - zyskać jak najwięcej czasu nad moimi rywalami - mówił Hiszpan. - Frank i Andy poświęcili się dla mnie, ubezpieczając moją ucieczkę przez cały podjazd. Taktyka ustalana przed startem etapu była inna. Mieliśmy od początku jechać mocno, a pracę zacząć już na Col du Galibier (pierwsza premia górska na etapie - przyp. red.), jednak było zbyt wietrznie. Dlatego zaczęliśmy ją po Croix de la Fer. Frank, jego brat Andy i ja chcieliśmy przyjechać jak najbardziej świezi pod Alpe d'Huez" - zakończył.

Reklama

Ostatecznie Sastre wjechał na szczyt z przewagą 2.03 nad rodakiem Samuelem Sanchezem z Euskaltelu i Andym Schleckiem, największą na szczycie słynnej góry w historii imprezy. W 1994 roku Roberto Conti miał 2.02 przewagi nad Hernanem Buenahorą.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL