Reklama

Reklama

Wołowski: Kto płaci za Ronaldo i Messiego?

Gospodarz najbliższego finału Champions League menedżer Bayernu Monchium Uli Hoeness rozpoczął "zimną wojnę" z Barceloną i Realem Madryt przed losowaniem decydującej fazy rozgrywek.

Życie urodzonego w Ulm Uli Hoenessa było ciekawe, ale nie zawsze łatwe. Mając 22 lata zdobył z Niemcami tytuł mistrza świata, dwa lata później w pamiętnym finale Euro 76 przeciw Czechosłowacji przestrzelił decydującego karnego. Karierę przerwała mu kontuzja w wieku 27 lat, co było impulsem do rozpoczęcia pracy menedżera. Jego rządy w Bayernie uczyniły z klubu finansowego potentata, a przecież w tym samym czasie kieruje fabryką kiełbasy w Norymberdze odziedziczoną po rodzicach. 30 lat temu leciał prywatnym samolotem będąc jedyną osobą, która przeżyła jego upadek.

Reklama

Hoeness słynie z ciętego języka. Najnowszą "perełką", która opuściła jego usta jest tyrada na temat Realu Madryt i Barcelony. Gdy Hoenes dowiedział się, że hiszpańskie kluby są zadłużone na astronomiczną kwotę 752 mln euro, stracił nerwy. "Wysyłamy dziesiątki milionów, żeby wydobyć ich z gówna, w którym tkwią, a co oni robią? Wydają je na piłkarzy w typie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego" - powiedział.

W swoim stylu Hoeness pomieszał wszystko ze wszystkim, żeby pointa była efektowna. 752 mln ero wynoszą długi wszystkich klubów hiszpańskich, a nie Realu i Barcelony. Oba kolosy mają swoje "prywatne" zobowiązania w bankach, rząd hiszpański nic do tego nie dopłaca. A Ronaldo i Messi nie pobierają pensji z kwot, które Unia Europejska przeznacza na pomoc pogrążonej w kryzysie Hiszpanii.

Słowa Hoenessa odebrano, jako początek zimnej wojny przed piątkowym losowaniem ćwierćfinałów Champions League. Znacznie bardziej ważący słowa Franz Beckenbauer stwierdził, że dobrze by było, aby Bayern jak najdłużej unikał starcia z Realem i Barceloną. Niemcom zależy na finale Champions League jak nigdy, organizują go przecież 19 maja na swoim Allianz Arena. Klub z Bawarii musi tam wystąpić. Beckenbauer życzy sobie, by hiszpańskie kolosy wpadły na siebie, zanim jeden z nich zmierzy się z Bayernem.

O dziwo nic przeciwko temu nie mają fani z Madrytu i Barcelony. Dziennik "Marca" zorganizował w Internecie ankietę, z której wynika, że kibice Barcy chcieliby trafić na "Królewskich" już w ćwierćfinale. Odpowiadający wolą nawet Real za przeciwnika niż APOEL Nikozja. Tymczasem ci, którzy zdecydowali się zagłosować na rywala "Królewskich", na pierwszym miejscu postawili Cypryjczyków, a Katalończyków już na drugim. Gracz Realu Sergio Ramos mówi, że wolałby się spotkać z Barcą w finale, ale w ćwierćfinale też może być. Jak widać obie strony nie mają dość bezpośrednich konfrontacji wywołujących skandale na cały świat.

Co na to wszystko Milan, Chelsea, Benfica i Marsylia? Dwa pierwsze kluby też należą do faworytów, dwa kolejne są uważane za teoretycznie "przystępniejszych" rywali. W piątek w Nyonie poznamy drabinkę aż do finału. Już w ćwierćfinale muszą być jednak hity. Bo gdyby nawet Bayern trafił na APOEL, Real na Marsylię, a Barcelona na Benfikę, i tak pozostaje jedna para, w której zmierzą się faworyci.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL