Reklama

Reklama

Wołowski: Dzień sądu na Bayernem

To miał być piłkarski spacer, który niepostrzeżenie zmienił się w horror. Rewanż 1/8 finału Ligi Mistrzów z FC Basel stał się dla Bayernu Monachium meczem roku.

"19 maja na naszym stadionie grają finał Champions League, a my nie możemy przebrnąć 1/8? Musimy wydobyć się z tej latryny, w którą się wpakowaliśmy". Poirytowany głos prezesa Karla-Heinza Rummenigge spotęgowała panująca w sali cisza. Zwyczaj wspólnej kolacji po meczach pucharowych został utrzymany przede wszystkim ze względu na niemiecką konsekwencję. Pobite w Bazylei gwiazdy Bayernu nie miały na nią najmniejszej ochoty, zwłaszcza, że według doniesień prasy relacje w zespole pozostawiają wiele do życzenia.

Thomas Mueller, największa wschodząca gwiazda niemieckiej piłki, został w Bazylei skazany na ławkę dla rezerwowych. Wszedł dopiero w 73. min i od razu pokłócił się z Jeromem Boatengiem. Bawarczycy przeczuwali już chyba wtedy nadchodzące nieszczęście, gospodarze stwarzali pod ich bramką zagrożenie za zagrożeniem. Po golu w ostatnich minutach i porażce 0-1 Mueller i Holger Badstuber omal nie pobili się w tunelu. Król strzelców mundialu w RPA ma kłopoty z odzyskaniem formy, za co wini ponoć Juppa Heynckesa faworyzującego Toniego Kroosa.

Reklama

Frustracja Muellera to nic wobec kłopotów z Arjenem Robbenem. Genialny Holender regularnie gra dla siebie, a zdobyte bramki chętniej świętuje z zaproszonymi na trybuny gośćmi, niż z kolegami z zespołu. W telewizji niemieckiej skrytykował go Bernd Schuster, który pracował z Holendrem w Realu Madryt. Nazwał go boiskowym egoistą i nieznośnym człowiekiem. Trafiła kosa na kamień...

Wszystkie wewnętrzne problemy Bayernu muszą pójść dziś w zapomnienie. Na Allianz Arena przybywa FC Basel, rewelacja tej edycji Champions League. Szwajcarska drużyna wyeliminowała Manchester United, a na Saint Jakob Park okazała się lepsza także od Bawarczyków. Grając przy tym futbol otwarty i odważny. Po losowaniu wydawało się, że Bayern czeka spacerek do ćwierćfinału, dziś odrobienie jednej bramki do Szwajcarów staje się sprawą honoru. I nie tylko. W latach 1979, 1993 i 1997, kiedy finał Pucharu Europy był rozgrywany na obiekcie Bayernu Monachium, kolos z Bawarii nie miał szansy w nim zagrać.

W ćwierćfinale jest już APOEL Nikozja (po wyeliminowaniu Lyonu), gdyby udało się FC Basel, byłaby to jeszcze większa sensacja. W ostatniej kolejce ligowej Bawarczycy wbili Hoffeinheim aż siedem goli. Choć nigdy nie wiadomo, którą nogą wstaną Robben czy Mueller dziś muszą się zjednoczyć w obliczu wielkiego wyzwania. Nie jest to misja niemożliwa, ale gdyby się nie powiodła, byłby to cios śmiertelny dla Heynckesa. A także dla drużyny, która w Bundeslidze ma pięć punktów straty do Borussii Dortmund. Nikt w Monachium nie wyobraża sobie drugiego z kolei roku pełnego rozczarowań. Kiedy w maju 2010 roku zespół z Bawarii dotarł do finału Champions League w Madrycie pierwszy raz od 9 lat, wydawało się, że wracają tłuste lata.

Finałowa porażka z prowadzonym przez Jose Mourinho Interem była bolesna, ale tamta drużyna miała większą przyszłość, niż jej pogromca. Paradoksalnie losy obu decydują się tego samego dnia. By uratować sezon Inter musi odrobić straty (0-1) w rewanżu z Olympique Marsylia.

Klub z Mediolanu tkwi w kryzysie od chwili opuszczenia go przez Mourinho. Tymczasem Bayern miał rozkwitać. Jego fani mogą sobie wyobrazić kłopoty w rywalizacji z Barceloną, albo Realem Madryt, ale nie z drużyną ze Szwajcarii wartą 20 razy mniej. Być może sen "Kopciuszka" dobiega końca, ale jeszcze dziś napędzi on pewnie dużo strachu jednemu z murowanych faworytów Ligi Mistrzów.

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL