Reklama

Reklama

Włoszczowska zakochana w ... hiszpańskim

Naukę języka hiszpańskiego postawiła sobie za cel na 2010 rok wicemistrzyni olimpijska z Pekinu w kolarstwie górskim Maja Włoszczowska. Nowe zamiłowanie przyszło do niej w ... Wenezueli, gdzie spędziła listopadowy urlop.

"Nie mówię po hiszpańsku, ale po pobycie w Ameryce Południowej stwierdziłam, że warto zacząć się uczyć. Znam trochę włoski i do tej pory to właśnie on był moim ulubionym językiem. Jak się okazało hiszpański też jest fantastyczny i dużo bardziej rozpowszechniony na świecie. Po tym wyjeździe mam ambitny plan, by się wziąć za niego" - powiedziała zawodniczka CCC Polkowice.

Do Wenezueli trafiła trochę przypadkiem. Miała do wykorzystania bon-prezent po ubiegłorocznym plebiscycie na najlepszego sportowca Warszawy. Włoszczowska reprezentowała wówczas stołeczny klub MTB Halls Team.

Reklama

"Z całej palety ofert właśnie ta spodobała mi się najbardziej. Bardzo mnie interesuje Ameryka Południowa, tamtejsza kultura, klimat, krajobrazy. Jeśli chodzi o sam kraj, to spodziewałam się, że będzie więcej zieleni i dżungli. Tego akurat było mniej, ale za to były wspaniałe wodospady. Mieliśmy też okazję pod jednym z nich przechodzić, między ścianą wody, a skałami. Niesamowitym przeżyciem był też lot samolotem w kanionie pomiędzy górami Tepui" - oceniła.

Kolejny urlop chciałaby spędzić w Indiach i Nepalu. "To wyprawa już bardziej wymagająca trekingowo i na pewno dłuższa, więc nie wiem, czy będę w stanie w swojej przerwie treningowej sobie na coś takiego pozwolić. Jest to jednak moim marzeniem i mam nadzieję, że będzie ono zrealizowane" - dodała.

Rok 2009 dla Włoszczowskiej to nie tylko przyjemne chwile. Najbardziej bolesne okazały się dla niej wrześniowe mistrzostwa świata w Canberze. W Australii zaliczana była do grona faworytek, ale na dwa dni przed rywalizacją uległa groźnemu wypadkowi na treningu. Były jednak także i wzloty, chociażby zdobycie złotego medalu mistrzostw Europy i srebra ME w maratonie. Zwłaszcza z tego ostatniego sukcesu bardzo się cieszyła.

"To dla mnie wewnętrzny powód do wielkiej satysfakcji. Samo pokonanie takiego dystansu po dziewięciodniowej przerwie, antybiotykach, utracie krwi i wielkim stresie, było wyczynem i przyznam, że ten wyścig był chyba najcięższym w tym sezonie. Od startu czułam się słabo i ciężko, a mimo to wykrzesałam z siebie siły. Cieszę się, że go w ogóle ukończyłam i to jeszcze na drugim miejscu. Super sukces. Bardziej cieszy mnie jednak fakt, że tak szybko się pozbierałam. To dzięki kibicom. Oni mi dali nieprawdopodobne wsparcie. Jak dostawałam od nich maile, to miałam łzy w oczach, bo starali się w każdy możliwy sposób podnieść mnie na duchu. Udało im się" - wspominała podopieczna Andrzeja Piątka.

Czym kibice ją zaskoczyli? "Ekipa warszawska ubrała się w ciuchy kolarskie w środku nocy, pojechała gdzieś i zrobiła zdjęcie z napisem "zdrowiej Maju", wykonanym zapalniczkami. Takich akcji było kilka. To naprawdę coś niesamowitego, jak widzę, że ja też znaczę coś dla ludzi, a nie tylko moje medale" - dodała.

Święta Bożego Narodzenia po raz pierwszy chciała spędzić poza domem. "Miałyśmy z mamą taki plan, by gdzieś wyjechać. Obie nie lubimy świątecznego obżarstwa i dlatego chciałyśmy spędzić je na sportowo. Z braku czasu skończyło się tradycyjnie. Na szczęście mieszkam w Jeleniej Górze, więc można połączyć jedno z drugim, czyli po obżarstwie natychmiastowe spalanie kalorii na nartach biegowych w Jakuszycach" - powiedziała.

To również jedyny okres, w którym Włoszczowska zagląda na dłużej do kuchni. "Na co dzień nie mam na to czasu. Zawsze z mamą staramy się wymyślić coś świątecznego i jednocześnie ciekawego. Chyba jedyny okres w roku, w którym biorę się za pieczenie ciast. Na ogół trzeba dbać o linię i tego nie robię, bo za bardzo je lubię i za dużo bym ich jadła" - podkreśliła.

Dowiedz się więcej na temat: urlop | Maja Włoszczowska | zakochana | włoszczowska | Hiszpania

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje