Reklama

Reklama

Witold Bańka: Musimy być w stanie przeprowadzać więcej kontroli antydopingowych

- ​Jednym z celów, jakie stawia sobie Witold Bańka obejmując stanowisko szefa Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), jest uszczelnienie systemu wyłapującego nieuczciwych sportowców. "Musimy być w stanie przeprowadzać więcej kontroli" - podkreślił.

Czym chciałby się pan pochwalić po zakończeniu kadencji szefa WADA?

Witold Bańka: Przede wszystkim chciałbym, żeby system antydopingowy przez te sześć lat stał się szczelniejszy. Na tym polu można i trzeba wiele poprawić. Często skupiamy się wyłącznie na wielkich skandalach, tymczasem przykładowo w 2016 r. na igrzyskach w Rio de Janeiro w Brazylii około dziesięć procent medalistów pochodziło z krajów, które wówczas albo nie miały systemu antydopingowego, albo był on na bardzo niskim poziomie. Musimy to sukcesywnie zmieniać. Służyć ma temu m.in. utworzenie funduszu solidarnościowego, z którego środki będą przeznaczane na pomoc uboższym państwom w prowadzeniu polityki antydopingowej. Należy zwiększyć liczbę akredytowanych laboratoriów, szczególnie w Afryce. Zależy mi również na poprawieniu wizerunku WADA.

Reklama

Dlaczego trzeba poprawić wizerunek WADA?

- Bo w ostatnich latach wiele decyzji podejmowanych przez Agencję było nieodpowiednio komunikowanych środowisku sportowemu. Przez to WADA dotknął kryzys wizerunkowy i zmaga się z brakiem zaufania sportowców. Trzeba je odbudować poprzez kontakty z zawodnikami. Przekonać ich, że naprawdę WADA jest dla nich, a nie oni dla WADA. Musimy kreować środowisko fair dla sportowców. Oczywiście doping nie ma barw narodowych, ale rzeczywistość jest taka, że zawodnicy z krajów wysokorozwiniętych, którzy są poddawani rygorystycznym kontrolom, muszą rywalizować ze sportowcami pozbawionymi aż tak dokładnej kontroli.

Na szczelniejszy system antydopingowy potrzebne będą większe środki, a bolączką WADA jest relatywnie niski budżet. Jak temu zaradzić?

- Właśnie dlatego trzeba szukać dodatkowych środków finansowych na politykę antydopingową. Musimy być w stanie przeprowadzać więcej kontroli, co do tego nie ma wątpliwości. Już w ubiegłym roku prowadziłem z innymi rządami negocjacje budżetowe i zakończyły się one wzrostem budżetu WADA o osiem procent. To są składki, które po połowie płacą Międzynarodowy Komitet Olimpijski i rządy państw. Trzeba jednak poszukać nowych rozwiązań i stąd pomysł z funduszem solidarnościowym. Firmy prywatne i publiczne, szczególnie te sponsorujące sport, w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu mogłyby wpłacać środki na prowadzenie polityki antydopingowej. Oczywiście mówimy o kompletnie niezależnym funduszu, na który darczyńcy nie mieliby możliwości wpływania. Tutaj jest ogromna przestrzeń do zwiększenia budżetu. Wiemy, że firmom zależy na sponsorowaniu czystego sportu, a skoro zależy im na czystym sporcie, to powinny partycypować w takim funduszu.

O czysty sport nie walczy się już tylko w laboratoriach, ale również prowadząc żmudną śledczą pracę. Pana zdaniem rola organów ścigania na tym polu będzie rosła?

- Tak. Przykład skandalu, który wybuchł przy okazji narciarskich mistrzostw świata w Seefeld, pokazuje, że pewne efekty można osiągnąć tylko tą drogą. Mogliśmy zaobserwować doskonałą współpracę niemieckich i austriackich służb, a złapanie sportowca na gorącym uczynku jest czymś bez precedensu. Antydoping musi podążać w tym kierunku. Oczywiście złapanie na dopingu jest przykre i smutne z perspektywy kibica, ale jednocześnie takie sytuacje pokazują, że nieuczciwe osoby można skutecznie wyłapać oraz wykluczyć i że system działa. 

Również w Polskiej Agencji Antydopingowej utworzyliśmy efektywnie działający departament śledczy. Także dlatego, że walka z dopingiem stała się bardzo skomplikowana. Wymagania stawiane laboratoriom antydopingowym są niezwykle wyśrubowane. Przyłapani oszuści natomiast wynajmują świetnych prawników, których zadaniem jest znalezienie najdrobniejszych choćby uchybień np. proceduralnych, niekiedy niemających żadnego wpływu na zawartość samej próbki, tylko po to, aby móc podważyć podstawę dyskwalifikacji.



Skąd w ogóle wziął się pomysł pana kandydowania na szefa WADA?

- To był proces. Kiedy zostałem ministrem, nasz system antydopingowy nie był dostosowany do przepisów WADA. Mieliśmy bardzo trudną sytuację, trzeba było szybko poprawiać prawo. Wszystko się jednak udało. Stworzyliśmy Polską Agencję Antydopingową, zaczęliśmy ubiegać się o organizację kongresu WADA. Jakiś czas po ogłoszeniu Katowic gospodarzem kongresu pojawiła się w głowie myśl, aby zawalczyć o prezydenturę. Razem z zespołem w ministerstwie zaczęliśmy się do tego przygotowywać. Walka była bardzo intensywna, zacięta, ale co najważniejsze uczciwa. Mnóstwo osób było zaangażowanych - także z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ambasadorowie poszczególnych krajów, dyplomacja unijna.

Co było pana atutem w tych wyborach?

- Doświadczenie, jakie zdobyłem pracując nad polskim systemem antydopingowym, a także bardzo odważny i innowacyjny program reformy WADA.

Urzędowanie oficjalnie rozpocznie Pan 1 stycznia 2020 roku...

- Tak. Moją zastępczynią będzie wskazana już przez MKOl Chinka Yang Yang. To dwukrotna mistrzyni olimpijska w short tracku, która w przeszłości zasiadała w komisji zawodniczej WADA. Do końca kadencji parlamentu chciałbym pozostać na stanowisku ministra i dokończyć pewne sprawy, jak choćby organizację kongresu w Katowicach.

Rozmawiał: Wojciech Kruk-Pielesiak

Dowiedz się więcej na temat: Witold Bańka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje