Reklama

Reklama

Witold Bańka dla Interii o początkach pracy w WADA i o szansach medalowych Polaków w Tokio

- Rosja to jest wyzwanie bardzo medialne, ale w WADA mamy jeszcze wiele innych spraw do przeanalizowania – mówi Interii szef Światowej Agencji Antydopingowej Witold Bańka.

Olgierd Kwiatkowski, Interia: Jest pan już od 1 stycznia szefem WADA. Jak wygląda początek pracy na nowym stanowisku.

Witold Bańka, były minister sportu i turystyki, szef WADA: Właśnie wyjeżdżam do Montrealu, gdzie spotkam się z pracownikami Światowej Agencji Antydopingowej. W piątek byłem w Lozannie. Tam podczas sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego przedstawiłem raport z działalności agencji. To są pierwsze dni mojej pracy. Wiem, że na pewno nie będzie brakowało wyzwań.

Czy to jest to, czego się pan spodziewał? Czy jest więcej spraw do załatwienia niż pan przypuszczał?

Reklama

- Od maja, po wyborach, było już wiadomo, że będę pełnił tę funkcję. Od tego czasu współpracowałem z moim współpracownikiem Craigem Reedie’m. Płynnie przechodzę do wykonywania nowych zadań. Nie czuję się niczym zaskoczony.

Największym wyzwaniem wydaje się sprawa Rosji, jeszcze w grudniu zdyskwalifikowanej przez WADA na cztery lata.

- To jest wyzwanie bardzo medialne. Sprawa jest głośna na całym świecie. Obecnie toczy się postępowanie przed Trybunałem Arbitrażowym ds. Sportu w Lozannie. TAS podejmie ostateczną decyzję, bo Rosjanie, wykorzystując swoje prawa, odwołali się od decyzji WADA. Ale w WADA mamy jeszcze wiele innych spraw do przeanalizowania.

Na przykład w podnoszeniu ciężarów, gdzie - jak to pokazał reportaż niemieckiej telewizji ARD - Międzynarodowa Federacja Podnoszenia Ciężarów tuszowała przypadki dopingu.

- Wiedzieliśmy już wcześniej o tej sprawie, o potencjalnych zarzutach, nie jest to dla nas żadna nowość. WADA dokładnie analizuje ten przypadek i prowadzi śledztwo.

Mamy rok olimpijski. Jeszcze niedawno był pan ministrem sportu i mówił, że polscy sportowcy mogą wywalczyć na igrzyskach w Tokio 15 medali. Nadal pan uważa, że jest to możliwe?

- W ubiegłym roku polscy sportowcy w sportach letnich zdobyli 17 medali. Wyniki mieliśmy obiecujące - 6 medali w lekkiej atletyce, 4 w wioślarstwie, 4 w kajakarstwie, Julia Kowalczyk w judo, Mateusz Rudyk w kolarstwie, koszykarze 3x3.  Pamiętajmy jednak, że mistrzostw świata nie mieli siatkarze, że Anita Włodarczyk nie wystartowała na mistrzostwach świata w Dausze, a żeglarze mieli zawody przedolimpijskie na których wypadli bardzo dobrze. Szans jest bardzo dużo, ale wiadomo, że igrzyska rządzą się własnymi prawami. To jest sport i nie jesteśmy w stanie trafnie przewidzieć liczby medali. Dziś pełnię inną rolę, ale mocno trzymam kciuki za "Biało-Czerwonych.".

Czy uważa pan, że duży wpływ na postawę zawodników w Tokio będą miały wdrożone przez pana w ostatnim czteroleciu programy wsparcia dla sportowców?

- Nie chcę sobie przypisywać żadnych zasług. My mamy służyć. Naszym zadaniem jest pomagać, stworzyć projekty, programy. Naszym sportowcom niczego nie brakuje, by dobrze przygotować się do igrzysk. Czy przez Team100, czy dzięki kontraktom indywidualnym ze spółkami Skarbu Państwa, czy systemowi stypendialnemu mają zapewnione środki finansowe.

Na stanowisku ministra sportu zastąpiła pani Danuta Dmowska-Andrzejuk. Jak pan ocenia pierwszy miesiąc pracy pani minister?

- Nie jestem od oceniania. Będę natomiast dopingował pani minister. To jest właściwa osoba na właściwym miejscu.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL