Reklama

Reklama

Więzienie i bałagan: Małysz wspomina igrzyska

W Nagano - perfekcyjnie, w Salt Lake City - jak w więzieniu, w Turynie - bałagan - tak wspomina igrzyska Adam Małysz. 12 lutego kwalifikacjami do konkursu na normalnej skoczni zainauguruje w Vancouver swój czwarty olimpijski występ.

"Pierwsze igrzyska to zawsze szok. Podziwiam tych, którzy w debiucie stawali na podium, bo to trzeba mieć naprawdę silną psychikę" - ocenił najlepszy polski skoczek narciarski.

Do Nagano (1998 rok) Małysz poleciał jako 20-latek. Mało znany na arenie międzynarodowej nie pokazał się także w Japonii z najlepszej strony. Zajął 51. i 52. miejsce.

"Już lecąc do Nagano zastanawiałem się co to będzie? Spaliłem się zanim dotarłem na skocznię. To jednak chyba normalne, frycowe trzeba zapłacić" - dodał.

Co go zaskoczyło? "To, co wszystkich. Na co dzień widujemy się jedynie z zawodnikami z naszych dyscyplin. Nie ma czasu ani możliwości poznać innych sportowców, a na igrzyskach mieszkamy wszyscy razem, spotykamy się na stołówce, możemy normalnie porozmawiać. Nie mówię tu nawet o sportowcach z innych państw, ale z reprezentacji Polski. Co z tego, że jesteśmy w jednej kadrze, jak zazwyczaj trenujemy i startujemy w różnych zakątkach świata i rzadko mamy możliwość się poznać".

Reklama

Nagano zapamiętał jeszcze z innych powodów, a najbardziej z perfekcyjnego przygotowania. "Wszystko było na najwyższym poziomie. Poukładane, zgodne z planem, żadnych opóźnień, czy niespodzianek. Niełatwo zorganizować tak dużą imprezę, a oni poradzili sobie znakomicie" - ocenił.

Gorzej pod tym względem było cztery lata później w Salt Lake City. Igrzyska w Stanach Zjednoczonych odbyły się pod hasłem "bezpieczeństwo".

"Byliśmy tam niespełna pół roku po zamach terrorystycznych na World Trade Center w Nowym Jorku. Amerykanie oszaleli na punkcie kontroli, prześwietlania. To było bardzo męczące i czuliśmy się jak więźniowie. Zabierało mnóstwo czasu i drażniło" - wspominał Małysz.

Zawodnicy w stanie Utah byli całkowicie odizolowani. W pokojach nie mieli nawet telewizorów. "To był koszmar. Nie mieliśmy z nikim kontaktu. Nie pozwalano nam podejść do kibiców. Nie wiedzieliśmy co się dzieje naokoło, docierały do nas szczątkowe informacje" - powiedział czterokrotny zdobywca Kryształowej Kuli.

Igrzyska w USA pamięta jednak jeszcze z innego powodu. Zdobył dwa medale - srebrny oraz brązowy i mimo że wszyscy liczyli na złoto, po sukcesie wybuchł szał radości.

"Co innego jechać na zawody w roli faworyta, a co innego faktycznie wygrać. Sport to loteria i tak naprawdę dopóki nie stanie się na najwyższym stopniu podium, nigdy nie powinno się mówić o zwycięstwach. Wszystko się może wydarzyć, a ja z tych dwóch krążków jestem bardzo dumny" - zaznaczył.

Cztery lata po swoim największym sukcesie Małysz nie był już w tak porywającej formie. Nie mówiono już o medalach, wynikach w czołówce. Igrzyska w Turynie były dla niego także całkowicie innym przeżyciem.

"Organizacyjnie fatalnie. Panował okropny bałagan. Nie czuło się atmosfery olimpiady. Głównie przez to, że nie było jednej wioski olimpijskiej, a trzy. Mieszkaliśmy oddzielnie, więc nie mieliśmy kontaktu z pozostałymi zawodnikami, a przecież na tym powinny polegać igrzyska, że wszyscy są razem" - ocenił.

Samo zakwaterowanie było także specyficzne. "Dostaliśmy do dyspozycji starą willę. Miała na pewno jakiś charakter zabytkowy. Jak wszedłem tam po raz pierwszy to poczułem się jak w jakimś filmie. Mieszkała z nami starsza kobieta, która też dodawała temu miejscu klimat. Na regałach stały stare książki, na sufitach widać było pajęczyny, w pokoju było tylko łóżko. Miałem wrażenie, że tam nikt nie przebywał przynajmniej sto lat" - wspominał.

Tak jak w 2002 i 2006 roku, tak i tym razem Małysz zrezygnuje z ceremonii otwarcia. "Mam nadzieję, że w pokojach będą telewizory, bym mógł wszystko śledzić. Jest kilka powodów, dla których rezygnuję z udziału w tym wydarzeniu. Najważniejszym jest chyba fakt, że na drugi dzień jest konkurs finałowy na normalnej skoczni. Muszę się oszczędzać" - powiedział.

To będą czwarte igrzyska 32-letniego zawodnika KS Wisła Ustronianka, ale tylko raz, w 1998 roku w Nagano, zdecydował się uczestniczyć w ceremonii otwarcia.

"Wtedy wszystko było dla mnie nowe. Chciałem jak najintensywniej przeżyć każdy dzień. Nie wyobrażałem sobie, bym mógł coś przegapić. Teraz jest inaczej. Wiem już z czym to się je i przekonałem się, że to nie jest żadna atrakcja. Na pewno są to jakieś emocje, ale wszystko znacznie lepiej widać w telewizji. Najpierw stoi się godzinami przed stadionem, nie widać tego, co się dzieje w środku, potem kroczy się za flagą, pomacha się chwilę i to wszystko" - ocenił.

Małysz rywalizację w Vancouver rozpocznie jeszcze przed zapaleniem znicza olimpijskiego. Na 12 lutego, na godz. 19 czasu polskiego, zaplanowano kwalifikacje do konkursu na normalnej skoczni.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje