Reklama

Reklama

Wielka wyprawa polskiej ekipy

Piotr Morawski, Piotr Pustelnik, Dariusz Załuski i Słowak Peter Hamor miesiąc temu pokonali słynną drogę Gabarova, na północno-zachodniej ścianie Annapurny. To pierwsze od 20 lat powtórzenie tej drogi, zwanej czeską.

Alpiniści nie zdołali zdobyć szczytu (8091 m npm), choć był on na wyciągnięcie dłoni, ale jak przyznali po powrocie do kraju, próba mogła skończyć się tragicznie. Wszyscy przeżyli jedną z najtrudniejszych wypraw w życiu.

"To mnie, jako już starszej osobie, najbardziej zależało by wejść na wierzchołek Annapurny i tym samym mieć w dorobku czternaście szczytów tworzących Koronę Himalajów. Jednak decyzja o rezygnacji z tego celu, od którego dzieliły nas tylko trzy kwadranse, przyszła wyjątkowo łatwo. Zobaczyłem bowiem co się święci" - powiedział 57-letni Piotr Pustelnik, pracownik naukowy Politechniki Łódzkiej.

Reklama

"Wbrew prognozom, pogoda pogarszała się w błyskawicznym tempie, nadciągała burza. W ciągu pół godziny nad masywem zrobiło się ciemno, widoczność była niemalże zerowa. Od razu uświadomiłem sobie, że jeśli nie zejdziemy jak najszybciej z grani, zostaniemy tu na zawsze, będą z nas trupy. Walące w szczyt pioruny przelatywały nad głowami, częstując nas odłamkami" - relacjonował Pustelnik, któremu stopił się but, a Hamorowi podpalił się kombinezon.

Czy można było zejść do bazy, odpocząć i ponowić atak? "Niestety, taka ewentualność nie wchodziła w rachubę - powiedział 48-letni Dariusz Załuski z Warszawy. - Byliśmy potwornie słabi, wycieńczeni, a nasze nogi zrobiły się jak patyczki, że spokojnie można było objąć je dłonią".

32-letni Piotr Morawski, członek Alpinus Expedition Team, doktor nauk chemicznych na Politechnice Warszawskiej, z uznaniem mówił o decyzji Pustelnika, mimo że do celu było około 150 metrów.

"Wierzchołek wydawał się na wyciągnięcie dłoni, gdyby nie to, że wiatr napierał z taką siłą, iż ciężko było ustać. Szybko robiło się ciemno, jak na tanich filmach. Mgła zaległa taka, że nie widzieliśmy siebie. Wyładowania były tak mocne, że kłuły boleśnie w skórę. Teraz jak słyszę trzask, to odruchowo puszczam wszystkie metalowe przedmioty".

Piotr Pustelnik po raz czwarty atakował szczyt jednej z najbardziej niebezpiecznych gór świata (jedna trzecia wspinających się alpinistów poniosła śmierć, w sumie ponad 150 osób). Pytany czy podejmie piątą, po chwili namysłu odpowiedział:

"Rozum mówi nie, po jaką cholerę, to nie ma sensu, ale ... tkwi we mnie syndrom niedokończonego zadania. Gdybym stanął na wierzchołku, psychika uspokoiłaby się. Z drugiej strony wiem, że jest tyle innych celów, a ja nie zamierzam już chodzić po czyichś śladach. Chcę tworzyć własne drogi".

Wspomniana czwórka (Peter Hamor stara się o polskie obywatelstwo) odniosła jeden z największych sukcesów w światowym aplinizmie, pokonując po raz drugi w historii 2300 metrów "porządnej" drogi. "Niesamowicie jest wspinać się na drodze, na której nie było nikogo od 20 lat i w tak dobrym towarzystwie" - dodał Morawski.

Piotr Pustelnik podkreślił, że ten zespół, który wykonał "kawał świetnej roboty" to dziś jeden z najlepszych na świecie. "Absolutna elita! Mówię to z całą odpowiedzialnością. Takich ludzi jest w alpinizmie jak na lekarstwo".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje