Reklama

Reklama

Wcale nie takie marne szanse?!

Wczorajsza statystyka podana przez fachowców z NBA.com dała mi nieco do myślenia i przypomniała o pewnych dwóch potyczkach z początku mojej przygody z najlepszą ligą świata. O ile dziś zachwycamy się rewelacyjną formą Thunder, węszymy sensację w konfrontacji Cavs z Bulls, a także życzymy zdrowia i szczęścia koszykarzom z Portland w potyczkach z Phoenix, o tyle naprawdę warto jest nieco "odkurzyć" pewne spotkania z przeszłości.

W sezonach 1992/93 i 1993/94 nikt się nie przejmował wyżej notowaną drużyną i stawał do walki jak równy z równym, wymykając się spod przysłowiowego stryczka.

Dla przypomnienia - drużyny, które wygrały dwa pierwsze spotkania w pierwszej rundzie play off, w 94% przypadków awansowały do następnej rundy.

Najpierw przedstawię Wam, jak kto woli, faworyzowaną ekipę Słońc z sezonu 1992/93. Prowadzona przez ówczesnego debiutanta na ławce trenerskiej Paula Westphala drużyna, ze sprowadzonym przed sezonem - późniejszym MVP - Charlesem Barkley'em, mocno męczyła się z Jeziorowcami. Phoenix okazało się najlepszą drużyną regular season, wyprzedzając min. późniejszych, 3-krotnych Mistrzów z Chicago. Suns obok Barkley'a dysponowali najsilniejszym obwodem w lidze z Kevinem Johnsonem, Danem Majerlem czy obecnym GM Celtów - Danny'm Aingem. Polscy kibice na pewno tę ekipę kojarzą również z dwoma graczami, którzy mieli okazję gościć na parkietach w PLK i zespole z Pruszkowa. Mowa o walczącym na równi ze Scottie Pippenem, w późniejszych finałach, Richardem Dumasem (miał duże problemy z narkotykami) i mającym ogromne problemy z utrzymaniem przyzwoitej wagi - Oliverem Millerem. Słońca grali efektownie i mile dla oka, byli obok Byków najbardziej lubianą ekipą w lidze, a fani mocno wierzyli, iż w Arizonie tworzy się nowa mistrzowska dynastia!

Reklama

Pierwsza runda play off '93 okazała się jednak bardzo zimnym prysznicem dla Sir Charlesa i spółki. Lakers dopiero w ostatnich spotkaniach sezonu (podobnie jak w tym roku Byki) zapewnili sobie udział w play off. Mieli oni wówczas w swoich szeregach uznanych weteranów, którzy mocno w kratkę grali podczas 82 spotkań. Jednak w decydującej fazie sezonu, kiedy doświadczenie okazuje się bezcenne, wygrali dwa pierwsze wyjazdowe spotkania w Arizonie! James Worthy, Vlade Divac, A.C. Green, Anthony Peeler, Doug Christie (rookie) a nawet słynny już Sam Bowie, mocno napsuli nerwów wielkim faworytom. Okazało się, iż Lakers stanęli przed niepowtarzalną szansą - grało się do trzech wygranych w pierwszej rundzie - pokonania nowego zespołu gwiazd. L.A. prowadził ich wówczas dobry znajomy Pata Riley'a - Randy Pfund.

Niestety dla fanów, słabo grających i nie potrafiących się odnaleźć po przedwczesnym zakończeniu kariery przez Magica Johnsona, Lakers dwa spotkania w Great Western Forum wygrali goście! Losy piątego spotkania, na parkiecie American West Arena, dzięki niepowtarzalnym penetracjom Kevina Johnsona, ponad 8-metrowym trójkom Dana Majerle i przeżywającemu najlepsze lata w karierze - Charlesowi Barkley'owi - faworyci, przepchnęli ówczesnego Kopciuszka.

Druga historia z następnego sezonu tj. 1993/94 to już słynna do dziś, postawa Denver Nuggets. Walczący o ostatnie miejsce, premiowane o awans do play off Samorodki, wyprzedziły ubiegłorocznych "lucky loosers" - prowadzonych wówczas przez trenera Magica Johsona - Lakers. W nagrodę, zespół prowadzony przez Dana Issella trafił na inną najlepszą ekipę sezonu regularnego - Seattle Supersonics. Ponaddźwiękowcy pod wodzą Geroge'a Karla (tak tego samego trenera, co teraz prowadzi team z Kolorado - jak to historia potrafi płatać figla), grali najszybszy i najefektowniejszy basket pod słońcem. Wysoka forma Gary?ego Paytona, Nate'a McMillana (obecnie trener Blazers), celne trójki Sama Perkinsa i ogromnie lubianego za monstrualne dunki i czapy Shawna Kempa, dawała ich fanom ogromne nadzieje na występ nawet w finale NBA.

Humory dopisywały graczom Sonics, a łatwe 2-0 po spotkaniach otwierających serię na ich terenie, wlały w ich głowy dużą pewność siebie. Jak się okazało uśpiła i zgubiła ich na pakiecie w Denver. Na własnym terenie Samorodki przy dopingu pełnej hali, czuli się jakby były faworytami. Nietuzinkowy rozgrywający, uczestnik konkursu wsadów Robert Pack potrafił przekozłować całe boisko, a następnie wsadzić piłkę do kosza, nad głowami Kempa i Perkinsa. Ponadto był on prawdziwym motorem napędowym, atletycznie grających Nuggets. Na zmianę za niego wchodził Chris Jackson (Mahmoud Abdul Rauf), a o potencjale skrzydeł gospodarzy decydowali dwaj gracze, których często gościliśmy podczas najlepszych akcji tygodnia. Rodney Rodgers nie tylko potrafił efektownie wsadzić piłkę do kosza, ale również skutecznie przymierzyć zza linii 7,24m (niestety dziś mocno cierpi po poważnym wypadku i jest sparaliżowany). LaPhonso Ellis z

kolei, świetnymi występami mógł liczyć później na wielką gażę w Atlancie. Jastrzębiem swego czasu też został wielki center z Zairu i Nuggets - Dikembe Mutombo, który po kilka razy w meczu potrafił zablokować ponaddźwiękowe loty Kempa i spółki.

Piąty mecz w Seatlle wyłonił niespodziewanego zwycięzcę tj. Denver. Wiecie, co było najciekawsze w tamtych play off i w całej historii Nuggets? W następnej rundzie zespół Dana Issella trafił na Utah Jazz. Przegrywali już 0-3 i nie znajdowali recepty na słynne pick'n'rolle Stocktona i Malone'a. Spotkanie numer 4 w Denver odmieniło tą rywalizację. Dalej Samorodki wygrały jeszcze dwa spotkania, w tym min. jedno wyjazdowe, doprowadzając do remisu 3-3! W końcu 7. potyczka w Salt Lake City powaliła na kolana dzielnych wojowników z Denver.

DYSKUTUJ NA BLOGU Z AUTOREM TEKSTU!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama