Reklama

Reklama

Vancouver 2010: Historyczny sukces Polaków

21. Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver przeszły do historii. Były udane pod względem sportowym, zwłaszcza dla polskiej ekipy, nie brakowało jednak wpadek organizacyjnych.

Polacy jechali do Kanady pełni nadziei, po świetnych występach w Pucharze Świata Justyny Kowalczyk i z medalowymi szansami Adama Małysza, którego forma rosła z dnia na dzień oraz Tomasza Sikory. Prezes PKOl Piotr Nurowski mówił skromnie, że chciałby, aby liczba polskich medali w igrzyskach zimowych była wreszcie dwucyfrowa - przed Vancouver "Biało-czerwoni" stali na podium osiem razy.

Reklama

Sukces jest jednak zaskakująco duży. Polscy sportowcy zdobyli sześć medali, w tym jeden najcenniejszy - Kowalczyk w biegu na 30 km. Tym samym, 38 lat po zdobyciu złotego medalu przez Wojciecha Fortunę, Polska doczekała się drugiego "zimowego" mistrza olimpijskiego.

Początek olimpijskich zmagań nie wróżył jednak podopiecznej trenera Aleksandra Wierietielnego aż takiego sukcesu. Biegaczka z Kasiny Wielkiej zaczęła od piątego miejsca na 10 km, a później zdobyła srebrny medal w sprincie i brązowy w biegu łączonym, ale na trasach w Whistler królowała Norweżka Marit Bjoergen. Dominacja rywalki wywoływała nerwowe reakcje w polskim obozie - narzekano na zbyt łatwe trasy, zarzucano Skandynawce wspomaganie się lekami na astmę.

Przedostatni dzień igrzysk przyniósł jednak odpowiedź na pytanie, która z tych wielkich zawodniczek może się tytułować "królową nart". Po pasjonującej walce, która na trwałe przejdzie do historii polskiego sportu, Kowalczyk minimalnie pokonała Bjoergen i sięgnęła po upragnione złoto. Norweżka zdobyła w Whistler pięć medali, w tym trzy złote, ale najbardziej prestiżową konkurencję biegową wygrała Polka.

Do trzech medali Kowalczyk dwa srebrne dorzucił Małysz. "Orzeł z Wisły" przed igrzyskami powoli dochodził do szczytu formy, ale mało kto przypuszczał, że uda mu się pokonać koalicję Austriaków. Tymczasem Małysz skakał jak natchniony i nie pozostawił wątpliwości, że nadal należy do światowej czołówki. Przegrał tylko z fenomenalnym Szwajcarem Simonem Ammannem, który podobnie jak przed ośmioma laty w Salt Lake City zdobył dwa złote medale.

Największą niespodziankę sprawiły panczenistki. Katarzyna Bachleda-Curuś, Katarzyna Woźniak i Luiza Złotkowska wywalczyły olimpijski brąz w drużynowym wyścigu na dochodzenie. Wcześniej, w konkurencjach indywidualnych na torze Richmond Oval, spisywały się słabo, trudno więc było liczyć na ich wysokie miejsce w rywalizacji zespołowej.

Przedostatniego dnia igrzysk stoczyły dwa porywające pojedynki. Najpierw w półfinale z Japonkami były bliskie zapewnienia sobie co najmniej srebra - przegrały tylko o 0,19 s. W wyścigu o trzecie miejsce początkowo ustępowały Amerykankom, ale jechały bardzo dobrze taktycznie. Rywalki nie wytrzymały narzuconego przez siebie tempa i w końcówce przegrały miejsce na podium. To pierwszy olimpijski medal polskich panczenów od pół wieku. Na igrzyskach w Squaw Valley w 1960 roku Elwira Seroczyńska była druga, a Helena Pilejczyk - trzecia w wyścigu na 1500 metrów.

Większe, chociaż niezbyt uzasadnione wcześniejszymi występami nadzieje, wiązano z Tomaszem Sikorą. Najlepszy polski biathlonista walczył dzielnie, zajmował miejsca w okolicy pierwszej dziesiątki, ale kiepskie strzelanie nie pozwoliło mu stanąć na podium. Miłą niespodziankę sprawiły natomiast jego koleżanki. Weronika Nowakowska była piąta, a Agnieszka Cyl siódma w biegu na 15 km. W sztafecie, gdzie przyznawano im największe szanse, Polki były dopiero 12.

W środowisku biathlonowym doszło także do zgrzytów organizacyjnych. Pochodzący z Ukrainy trenerzy kadry Roman Bondaruk i Nadia Biłowa zapowiedzieli odejście, a zawodnicy rywalizowali w strojach z flagami czerwono-białymi.

Fatalnie na olimpijskich stokach zaprezentowali się snowboardziści. "Klan Ligockich" zajmował miejsca pod koniec stawki i prezes PKOl Piotr Nurowski zapowiedział zmiany w finansowaniu tej dyscypliny. Łyżwiarze figurowi nie zasłużyli choćby na krótką wzmiankę, a po stronie plusów należy zapisać ósme miejsce ambitnej saneczkarki Eweliny Staszulonek.

Gdyby nie porażka z Kowalczyk w ostatniej konkurencji, niekwestionowaną bohaterką igrzysk byłaby Bjoergen. Nikt nie zdobył tylu medali co ona. Jednak kibice z pewnością równie dobrze zapamiętają heroiczną walkę Patry Majdic. Słowenka na rozgrzewce przed sprintem ze źle zabezpieczonej trasy spadła do głębokiego rowu i mocno się potłukła. Mimo to stanęła na starcie i walcząc z bólem zdobyła brązowy medal. Po zawodach okazało się, że miała złamane cztery żebra i uszkodzone płuco.

Zgodnie z przewidywaniami dwa złote medale na dłuższych dystansach zdobyła czeska panczenistka Martina Sablikova. Pewnym zaskoczeniem jest jednak jej brąz na 1500 m. Z dwoma medalami złotymi i jednym srebrnym wraca do kraju biathlonistka Magdalena Neuner, choć Niemcy z mieszanymi uczuciami przyjęli jej rezygnację ze startu w sztafecie.

Wśród mężczyzn nie było w Vancouver zbyt wielu "dominatorów". Za takiego można właściwie uznać tylko Ammanna, który zdecydowanie górował nad rywalami. Trzy medale, w tym swój pierwszy złoty na igrzyskach, zdobył amerykański alpejczyk Bode Miller. "Królewski" zjazd wygrał jednak dosyć niespodziewanie Szwajcar Didier Defago.

Klęskę ponieśli na alpejskich stokach Austriacy, którzy w męskiej rywalizacji nie zdobyli żadnego medalu. "Tylko" złoto i brąz wywiezie z Vancouver Amerykanka Lindsey Vonn, typowana przed igrzyskami na faworytkę większości konkurencji. Dwa złote medale wywalczyła natomiast Niemka Maria Riesch.

Dwa złote medale i jeden srebrny zdobył norweski biathlonista Emil Hegle Svendsen. Na najwyższym stopniu podium nie udało się tym razem stanąć Ole Einarowi Bjoerndalenowi, chociaż srebro i brąz pozwoliły mu się wysunąć na drugie miejsce w medalowej klasyfikacji wszech czasów. W sumie ma już jedenaście olimpijskich krążków, w tym sześć złotych.

W igrzyskach w Vancouver nie brakowało niespodzianek. Chyba do największych doszło w biathlonie, gdzie złoty i srebrny medal zdobyła reprezentująca Słowację Rosjanka Anastazja Kuzmina, a złoto i brąz wywalczył Francuz Vincent Jay. Żadnej konkurencji w łyżwiarstwie figurowym nie wygrali Rosjanie, a najbardziej zabolała ich decyzja sędziów, którzy wskazali na Amerykanina Evana Lysacka w pojedynku z Jewgienijem Pluszczenko.

Organizatorzy igrzysk nie ustrzegli się niedociągnięć. W dniu otwarcia na treningu zginął gruziński saneczkarz Nodar Kumaritaszwili, który wypadł z toru i uderzył w niezabezpieczony słup podtrzymujący dach. Później na torze w Whistler dochodziło jeszcze do wielu wypadków, już bez tak tragicznych konsekwencji.

Do kompromitującej sytuacji doszło w rywalizacji biathlonistów, gdy sędziowie zbyt wcześnie wypuścili na trasę kilku zawodników. Na zbyt wczesny start pozwolono amerykańskiej alpejce Julii Mancuso, gdy na stoku leżała jeszcze jej rodaczka Vonn. Podobnych błędów było jeszcze wiele, ale pod jednym względem igrzyska w Vancouver były bardzo udane - dzięki wzmożonej kontroli, często krytykowanej przez zawodników, uniknięto afer dopingowych.

Kolejne zimowe igrzyska odbędą się za cztery lata w Soczi.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje