Reklama

Reklama

Ultramaraton. Rafał Bielawa: Aby wszyscy wrócili na start

Rafał Bielawa przyznał, że czas pandemii jest trudny także dla ultramaratończyków i wiele planów musiało zostać odłożonych, jak m.in. jego wyprawa do serca Sahary. "Ale nie ma co rozdzierać szat. Teraz najważniejsze, aby wszyscy wrócili na start" - zauważył.

Pandemia COVID-19 storpedowała kalendarz praktycznie wszystkich dyscyplin sportowych. Ucierpieli także biegacze, którzy z wielu startów musieli zrezygnować, a zaplanowane projekty przełożyć lub zupełnie porzucić.

Bielawa w rozmowie z PAP zwrócił jednak uwagę, że całą sytuację można porównać do medalu, który ma dwie strony.

"Niestety mimo przygotowań do wielu startów i podróży nie doszło, swoje projekty musiałem przełożyć na kolejny rok, więc to - powiedzmy - minusy. Druga strona jest pozytywna. Można było więcej czasu przeznaczyć na walkę z kontuzjami, odbudowanie się i pod tym względem nie był to czas zupełnie stracony. Oglądałem kiedyś polską ligę piłkarską i mocno narzekano, że nie ma kibiców na trybunach, aż ktoś w końcu zwrócił uwagę, że najważniejsze, iż jest szansa na powrót do normalności za jakiś czas. To był i nadal jest trudny czas, ale nie można rozdzierać szat i patrzeć tylko przez pryzmat negatywnych doświadczeń. Teraz najważniejsze, aby wszyscy wrócili na start" - dodał.

Reklama

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Wrocławski ultramaratończyk i rekordzista Głównego Szlaku Sudeckiego (444 kilometry w 82 godziny i 46 minuty) przyznał, że nie jest optymistą odnośnie szybkiego powrotu do normalnych startów. Zwrócił uwagę, że na przełomie zimy i wiosny w Polsce przypada szczyt zachorowań na grypę, co może jeszcze bardziej skomplikować sytuację.

"W marcu wiele osób myślało, że po wakacjach będzie już po wszystkim. A teraz jesteśmy w przededniu trzeciej fali i jak zestawimy to ze szczytem zachorowań na grypę, to są małe szanse, aby coś się wydarzyło w biegach ultragórskich przed marcem. Jesteśmy przed szczepionką i mam nadzieję, że ludzie dadzą się do niej przekonać, rozsądnie podejdą do tego tematu, bo inaczej może się to znowu przeciągnąć do lata albo jeszcze dłużej" - skomentował.

Bielawa powiedział, że czas pandemii nie oznacza zupełnego zawieszenia butów na kołku. I tyczy się to zawodników systematycznie startujących w zawodach, ale także amatorów biegających przed lub po pracy. Jak zaznaczył, warto być aktywnym.

"I chodzi o taką aktywność, po której poczujemy zmęczenie. To nie będzie coś co nas osłabi i narazi na zachorowanie. W ten sposób wzmacniamy organizm, a im silniejszy, tym większa szansa, że sobie poradzi z różnego rodzaju zagrożeniami, nie tylko koronawirusem. I tu też jest apel do rodziców, aby zwrócili uwagę na dzieci, które teraz znacznie więcej i chętniej siedzą przed komputerem oraz telewizorem, a pozbawione zostały kultury fizycznej. Niech wychodzą na zewnątrz i to jak najwięcej" - zaapelował.

Czas pandemii i różnego rodzaju obostrzenia sprawiły, że dostęp np. do siłowni czy klubów fitness stał się niemożliwy. Do tego doszła gorsza aura za oknem i aktywność fizyczna drastycznie spadła. Wrocławski biegacz wskazał, że nie należy czekać na cieplejsze dni, aby wyjść w plener.

"Im szybciej wrócimy, tym lepiej. Niech to będzie na początek marszobieg, dwa czy trzy kilometry. Trzeba tylko odpowiednio się ubrać, czyli tak, aby na starcie poczuć chłód. Nie ubierać się za grubo, bo później zaczynamy się rozbierać jak się rozgrzejemy, a to prosta droga do przeziębienia. Małymi krokami trzeba zacząć się ruszać. Pierwsze dwa tygodnie się męczymy i później endorfiny załatwiają wszystko" - tłumaczył.

Sam Bielawa jest w ciągłym ruchu i intensywnie przygotowuje się do dwóch projektów, które właśnie z powodu pandemii zostały przesunięte na rok 2021. Jeżeli nic się nie wydarzy niespodziewanego, pierwszy ma zostać zrealizowany już w marcu.

"W grupie trzyosobowej - ja, Piotrek Hercog i Kamil Klich - chcemy dotrzeć do serca Sahary. Mieliśmy tego dokonać w marcu 2020, ale wybuchła pandemia. Później w planach był listopad i pewnie by się udało dotrzeć do Tunezji, ale kwestia kwarantanny i inne możliwe komplikacje mogły sprawić, że wyjazd na dwa tygodnie przeciągnąłby się do trzech miesięcy. Drugi projekt to mój własny, aby przebiec Pireneje - 880 kilometrów od morza do oceanu. Ze względu na pandemię sponsorzy wstrzymali dofinansowanie, ale także możliwości przemieszania się i wsparcia z zewnątrz były ograniczone. Mam nadzieję, że jesienią przyszłego roku uda się to zrealizować" - dodał.

Podsumowując ultramaratończyk jeszcze raz podkreślił, że chociaż czas dla wszystkich sportowców jest trudny, najważniejsze, aby przetrwać i móc znowu spotkać się na bieżni, boisku czy na szlaku.

"Powtórzę - nie można rozdzierać szat. Najważniejsze, abyśmy w nowym roku wszyscy mogli znowu stanąć na starcie" - podkreślił.(PAP)

Mariusz Wiśniewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje