Reklama

Reklama

Tomasz Sikora: Medale rozdała pogoda

Nie przygotowanie i dyspozycja zawodników, a pogoda zdecydowała o tym, kto stanął na olimpijskim podium w biathlonowym sprincie w Whistler. Tomasz Sikora, który uplasował się na 29. miejscu, z trasy schodził smutny, przybity i wyraźnie zawiedziony.

- W tych warunkach nie było żadnych szans na zajęcie wysokiej lokaty. Każdy kto startował w moich regionach znalazł się na mecie bardzo daleko, a byli to bardzo dobrzy zawodnicy" - powiedział tuż po rywalizacji Sikora.

Reklama

Zawodnik AZS AWF Katowice zawsze powtarzał, że biathlon to loteria. Jak wielka widać było w niedzielę w Whistler. Gdy podopieczny Romana Bondaruka był mniej więcej w połowie trasy zaczął padać gęsty śnieg.

- Widoczność była minimalna. Gdy podchodziłem do drugiego strzelania na dywanikach była już usypana duża warstwa śniegu i narty ciągle podjeżdżały. Jak zobaczyłem jak się Michael Greis męczy, to wiedziałem, że będzie ciężko - skomentował.

Mimo wszystko Sikora miał nadzieję, że uda mu się ustabilizować postawę. Nie udało się jednak i wicemistrz olimpijski z Turynu dwa razy spudłował.

- Do tego narty kompletnie mnie nie niosły. Zamiast pomagać zaczęły przeszkadzać. Na zjazdach trzeba było tak samo pracować jak na podbiegach - dodał.

Na formę Sikora nie narzekał. Zapewniał, że czuje się znakomicie, mimo że musiał oddać w dwóch kontrolach antydopingowych bardzo dużo krwi i dzień wcześniej nie mógł uczestniczyć w oficjalnym treningu. "Czy ja muszę mieć takiego pecha?" - pytał rozgoryczony.

- Ostatnie dni przed startem były dla mnie bardzo ciężkie. W sobotę odebrano mi szanse przygotowania się do biegu. Nie było mnie na treningu, nie strzelałem, nie mogłem przetestować nart. Wszystko przez to, że akurat w tym samym czasie zostałem poproszony na kontrolę - opowiedział.

Podkreślił jednocześnie, że jest zwolennikiem testów, ale wszystko w rozsądnych rozmiarach.

- W ciągu jednego tygodnia dwa razy pobrano mi tyle krwi, że w sobotę już pozostało mi tylko leżeć i odpoczywać. Sami mi nawet powiedzieli, że lepiej bym sobie odpuścił, bo mógłbym zemdleć na trasie. Nie powinno odbierać się nikomu szansy jeszcze przed startem, do którego przygotowywał się cztery lata - zaznaczył.

W drugiej konkurencji - biegu na 12,5 km na dochodzenie, Sikora będzie startował z odległej, 29. pozycji i ze stratą ponad dwóch minut do triumfatora w sprincie Francuza Vincenta Jaya.

- Moje szanse znacznie zmalały. Teraz muszę walczyć na każdym dystansie, żeby dostać się do biegu masowego, w którym wystartuje tylko trzydziestka najlepszych - podkreślił.

W biegu ze staru wspólnego, który kończy rywalizację biathlonistów wystartuje 30 zawodników, w tym najlepsza piętnastka z klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Pozostali zostaną wyłonieni na podstawie startów w igrzyskach. Sikora w PŚ zajmuje obecnie 18. pozycję.

Sikora kolejny start, na 12,5 km na dochodzenie ma we wtorek o godz. 21.45 czasu polskiego. W sobotę sensacyjnie triumfował Francuz Vincent Jay, drugi był Norweg Emil Hegle Svendsen, a trzeci Chorwat Jakov Fak. Najlepszy biathlonista w historii Norweg Ole Einar Bjoerndalen zajął 17. lokatę.

Marta Pietrewicz, Whistler

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje