Reklama

Reklama

Tomasz Kuchar dla RMF FM: Nielegalne zapoznanie wciąż istnieje. Koledzy jeżdżą w perukach

- Wiele razy widziałem moich kolegów z doczepionymi wąsami, w perukach, kapeluszach, z wędkami na dachu udających turystów, a tak naprawdę zapoznających się z trasą. To zwykłe oszustwo - mówi w rozmowie z reporterem RMF FM Maciejem Jermakowem kierowca Tomasz Kuchar. W pierwszej rundzie mistrzostw Polski - Rajdzie Arłamów - wrocławianin zajął piąte miejsce.

Maciej Jermakow: Piąte miejsce w nowym dla wszystkich rajdzie to satysfakcjonujący wynik?

Tomasz Kuchar: - Absolutnie nie. To wynik dużo poniżej naszych oczekiwań i możliwości. Duże straty poniosłem na miejskiej próbie, a przecież zawsze uchodzę za faworyta na tego typu odcinkach. Założyłem trochę za twarde opony i straciłem dużo czasu. Nie udało się tych sekund odrobić drugiego dnia, tym bardziej, że z niewiadomych przyczyn odwołano dwa oesy.

Właśnie. Dwa odwołane oesy, brak śniegu - choć to akurat nie jest wina organizatorów. Jak oceni pan tegoroczną nowość w kalendarzu?

Reklama

- Zawsze jest dobrze, gdy powstają nowe rajdy, zawsze to jakieś urozmaicenie. Choć przyznam, że czekam na te klasyczne, kultowe rundy - Rajd Elmot, Karkonoski czy Dolnośląski.

Po "Arłamach" powiedział pan, że jedna ekipa nie powinna organizować dwóch rajdów w danym sezonie. Dlaczego? Chodzi o zabieranie miejsca innym automobilklubom czy fakt, że dwa razy nieco uprzywilejowani są lokalni kierowcy?

- Obie rzeczy są istotne. Moja wypowiedź była chyba trochę błędnie zinterpretowana przez wiele osób. Chodziło o to, że w Polsce jest wiele klubów, które organizują mistrzostwa Polski lub aplikują, by takowe organizować. Automobilklub Rzeszowski w sposób fantastyczny robi rajd o tej samej nazwie i za to należy im się wielki szacunek. Gdyby jednak dać im więcej czasu tylko na organizację "Rzeszowa", to mogłaby być ona jeszcze lepsza. Jeśli jeden automobilklub zajmuje się jedną imprezą, to stwarzamy sytuację konkurencji, gdzie organizatorzy będą się jeszcze bardziej starali.

Kiedyś organizował pan akcję, która miała przeciwdziałać nielegalnemu zapoznaniu. Co z tego wyszło i czy są plany oraz chęci, by robić to dalej?

- Proceder dalej niestety istnieje, wszyscy kierowcy dobrze o tym wiedzą. Może to wynika z moich genów - pochodzę ze sportowej rodziny i uważam, że po to są zasady, by ich przestrzegać. Ja nie miałbym żadnej satysfakcji, wygrywając zawody oszukując. A nielegalne zapoznanie to właśnie oszustwo. Tak długo jak będę jeździł w rajdach, a nawet jak przestanę, to będę chciał wyczyścić ten sport, bo go kocham i chcę, by rósł w siłę. Nigdy nie pogodzę się z oszukiwaniem.

Jeśli wszyscy o tym wiedzą i każdy uważa, że to coś złego, to walka z "nielegalkami" powinna być łatwa. Problem tkwi w sposobie tej walki?

- Chciałbym właśnie znaleźć na to receptę. Rzeczywiście wszyscy są przeciwni, a tylko ja taką akcję zorganizowałem. Jeśli ktoś ma jakieś pomysły, to czekam na pomoc. Niestety, nielegalne zapoznanie wciąż jest faktem. Wiele razy widziałem moich kolegów z doczepionymi wąsami, w perukach, kapeluszach, z wędkami na dachu udających turystów, a tak naprawdę zapoznających się z trasą.

Zdjęcie można im zrobić, ale często jest problem z udowodnieniem winy. Każdy próbuje się wymigać, pytając kiedy było zrobione zdjęcie, że to fotomontaż, inny powie, że jedzie na działkę. Jeśli ktoś ma we krwi nieuczciwość, to ciężko jest to wyplenić. Nielegalne zapoznanie z trasą jest swego rodzaju dopingiem, a dla "dopingowiczów" nie mamy szacunku.

Więcej na www.rmf24.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama