Reklama

Reklama

Tadeusz Błażusiak odszedł po królewsku: Nie zapomnę tego do końca życia

Tadeusz Błażusiak w znakomitym stylu zakończył karierę w enduro halowym, żegnając się z publicznością efektownym zwycięstwem w Tauron Arenie Kraków. Kibice długo fetowali swojego ulubieńca, a gdy stał na najwyższym stopniu podium odśpiewali mu – a cappella na ponad 13500 gardeł – gromkie „sto lat”.

O takim pożegnaniu marzy każdy sportowiec na świecie, ale dostępują go tylko najwięksi mistrzowie. Ten warunek 33-letni Błażusiak, motocyklista urodzony w Nowym Targu, spełniał z nawiązką. Od 2007 roku, gdy "Taddy" zamienił specjalność trial na enduro halowe, wiążąc się kontraktem z fabrycznym zespołem KTM, budował swoją wielką legendę. W tym czasie Polak zdobył na motocyklu sześć tytułów mistrza świata, pięć tytułów mistrza Ameryki Północnej, cztery złote medale X-Games (igrzyska sportów ekstremalnych) oraz aż pięć razy z rzędu triumfował w najbardziej ekstremalnym rajdzie enduro na świecie, czyli Erzberg Rodeo w Austrii.

Reklama

To jeden warunek. Jednak jest też drugi, być może jeszcze ważniejszy, bo w myśl słów znanej polskiej piosenki: "trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym". I właśnie wybranie odpowiedniego momentu, w którym warto powiedzieć "pas", jest kwestią najtrudniejszą. Okazuje się, że akurat w przypadku najbardziej utytułowanego zawodnika endurocrossu w historii, moment zakończenia kariery nie był przypadkowy.

Rąbka tajemnicy uchyliła jedna z najbliższych osób genialnego sportowca. - To była samodzielna decyzja Tadeusza, ale szczerze mówiąc, ja też byłem zwolennikiem takiego posunięcia. Od początku kariery, gdy zaczęliśmy "bawić się" w profesjonalny sport, przyświecała nam dewiza, aby Tadeusz odszedł u szczytu kariery. Nietrudno przeholować ten moment, bo kusi perspektywa zdobywania kolejnych tytułów. Dlatego chwała bratu, że podjął tak ciężką, ale bardzo dojrzałą decyzję - podkreślił w rozmowie z Interią wzruszony Wojciech Błażusiak, brat i przez wiele lat menedżer "Taddy’ego", a w ostatnim latach jego doradca. Starszy z braci Błażusiaków zarywał noce, gdy Tadeusz ścigał się na całym świecie i był pierwszą osobą, która odbierała telefon, wysłuchując relacji z miejsca zawodów. W Krakowie, po raz ostatni, też funkcjonowali jak zgrany team.

- To niesamowity dzień, czuję się jak we śnie. Nie mogłem wymarzyć sobie lepszego pożegnania, w piękniejszym stylu, w Polsce, a do tego w "moim" Krakowie. Cisnąłem, ile mogłem, a wam dziękuję za doping. Tego, co tutaj się wydarzyło, nie zapomnę do końca życia - powiedział uradowany Błażusiak, a publiczność zrewanżowała się gromkimi brawami. Co bardziej zagorzali sympatycy nowotarżanina krzyczeli: "Taddy, nie zostawiaj nas", ale wielki mistrz podkreślił, że jego decyzja jest nieodwołalna.

Tym samym dopełnił się piękny akord i Błażusiak, którego znakiem rozpoznawczym był ulubiony numer startowy "111", odszedł w glorii lidera klasyfikacji generalnej mistrzostw świata. Emocjonujące zawody rozpoczął od trzeciego miejsce w wyścigu tzw. superpole, w którym zawodnicy jadą na czas przez jedno okrążenie. Później było jeszcze lepiej, Małopolanin brylował na szybkim, a miejscami bardzo technicznym torze. "Taddy" triumfował w dwóch pierwszych finałach, zaś w trzecim musiał uznać wyższość jedynie broniącego tytułu czempiona globu, Amerykanina Coltona Haakera.

Najwięcej emocji tradycyjnie dostarczył drugi finał, rozgrywany w odwróconej kolejności, premiujący na starcie najsłabszych zawodników. W nim najlepsi, w gronie 14 motocyklistów, muszą przebijać się z tyłu stawki, ale Polak udowodnił, że potrafi wychodzić obronną ręką z dużych opresji. Upadek nie przeszkodził gwiazdorowi odnieść efektowanego zwycięstwa.

- Ten wyścig był bardzo wyjątkowy. Postawiłem wszystko na jedną kartę z wewnętrznej części toru, bo losy mogły potoczyć się w obie strony. Cieszę się, że wyszło na moje, choć w pierwszym zakręcie musiałem się dość mocno przepychać, ale udało się wyjechać na dwóch kołach i dalej można było już tylko gnać do przodu - podkreślił Błażusiak.

Najbardziej nieczytelny dla fanów był pierwszy finał, w którym co prawda najszybciej na metę dotarł Haaker, ale został skarcony 10-sekundową karą, a w efekcie pozbawiony zwycięstwa. Czy słusznie? Jak najbardziej! Kluczowy moment wyścigu wydarzył się na przeszkodzie z wybetonowanym korytem, wypełnionym wodą, za którym Mario Roman nie opanował motocykla i zaliczył upadek.

Od razu zaczęła powiewać żółta flaga, co oznaczało, że w myśl regulaminu zawodnicy muszą pokonać tę przeszkodę, jadąc po podłożu, aby nie prokurować zagrożenia. Będący na prowadzeniu "Taddy" zastosował się do ostrzeżenia i objechał basen, natomiast Haaker zbagatelizował niebezpieczeństwo i oddał skok, który wysforował go na pierwsze miejsce.

- Trzeba powiedzieć, że Haaker otrzymał bardzo łagodną karę. Mógł zostać przesunięty w klasyfikacji o kilka pozycji, a nawet wykluczony, gdyby zrobił krzywdę zbierającemu się z ziemi zawodnikowi - powiedział "Taddy", zostając z dorobkiem 58 punktów, po raz ostatni w karierze, liderem mistrzostw świata w enduro halowym, w których niepodzielnie rządził w latach 2010-2015. Drugie miejsce w "generalce" zajął Haaker (54 pkt), a na najniższym stopniu podium stanął Hiszpan Alfredo Gomez (45 pkt).

Podczas fety "cesarz enduro" otrzymał okazały, złoty kask od przyjaciół, m.in. byłego kierowcy rajdowego Michała Kościuszki, a od quadowca Rafała Sonika, ambasadora i jednego z organizatorów widowiska, karafkę z... piaskiem z pustyni Rajdu Dakar. Wiele na to wskazuje, że w nieodległej przyszłości Błażusiak spróbuje swoich sił w najbardziej morderczym rajdzie świata, do czego usilnie nakłania go właśnie Sonik.

Artur Gac


Dowiedz się więcej na temat: Tadeusz Błażusiak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje